Indonezja cz. 1

Tu tez nam sie nawet pobyt bardzo  spodobal. Zostalismy maksymalna ilosc dni a nawet jak sie okazalo ostatniego dnia – o jeden dzien za dlugo. Odwiedzilismy 5 z ponad 17 i pol tysiaca wysp skladajacych sie na to panstwo.

Lodka z Malezji do Indonezji

Mala lodka z Tawau zabrala nas na Nunukan. Mielismy tam zostac chwile, bo chcielismy plynac na Sulawesi ale polnocna jej czesc. Jednak pan kapitan, ktory zaprosil nas do swojego pomieszczenia – lamana angielszczyzna wytlumaczyl, ze prom na Sulawesi odplywa dzis wieczorem. Na poczatku nie wierzylismy, bo rozklad mowil co innego, ale jak doplynelismy na miejsce i zobaczylismy wielki statek transportowy nie musielismy nikogo pytac o potwierdzenie. Okazalo sie jedynie, ze plynie do Pare Pare, srodkowej czesc tej wyspy, wiec bedziemy musieli pojechac na polnoc a potem znow wrocic na poludnie. Nic to jednak, czas mamy – wiza na 60 dni z mozliwoscia przedluzenia 6 razy o 30 dni kazdy.

Kapitan pomogl zalatwic nam bilety, syn zabral mnie skuterkiem do bankomatu i na male zakupy przed 3 dniowa podroza. Dowiedzielismy sie od niego, ze zapewniaja posilki 3 razy dziennie, ale w razie W zakupilismy sporo zupek chinskich, kawy i przekasek. Widzielismy ladowanie malej lodki z Tawau na Nunukan i to juz zadziwialo, ze umieja wykorzystac kazda wolna czesc pokladu na upchanie swoich rzeczy. Ale z tym promem to byl jeszcze wiekszy hard core. Wyplyniecie promu bylo opoznione o ok 3 godziny, bo caly czas masy towarow zostaly wnoszone, wciagane linami, wsuwane i wtargane na poklad. A bylo tam wszystko co mozna sobie wymyslec, zywy inwentarz, lozka, telewizory, materace, wozki i wiele wiele innych, ktorych nie sposob rozpoznac, bo byly dobrze zapakowane i zabezpieczone na czas transportu.

„zwykly” podklad

„nasz” poklad

Bilet kupilismy oczywiscie najtanszy, czyli na zasadzie sa 2 puste  podklady, doslownie bez niczego, wiec co i gdzie sobie znajdziesz tam bedziesz spac. Sprytnie znalelismy kawalek podlogi kolo pomieszenia sluzacego do modlitwy. Co prawda bilismy sie chwile z myslami, czy to dobry wybor ale po przytarganiu 2 materacow i „zarezerwowaniu” miejsca ruszylem na poszukiwania czegos lepszego iiiii nie znalazlem. Pogodzilismy sie wiec, ze tloczno bedzie tylko 5 razy dziennie i najwszczesniej ok 4 rano. Ale w innych czesciach tak tloczno i gwarno bylo praktycznie czaly czas. Bylismy jedynymi bule, czyli bialymi na statku a to wzbudzalo nie male zainteresowanie. Cale wycieczki przychodzily ogladac nas jak jemy, czytamy ksiazki, ogladamy film na laptopie, albo wykonujemy inne zwykle czynnosci. I to praktycznie nieprzerawanie przez 3 dni rejsu.

Warto wspomniec tez o posilkach 3 razy dziennie. Bylo to przez caly czas ryz z ryba i czasmi kawalkiem kapusty. Do tego ryba nieproporcjonalnie mniejsza w stosunku do ilosci ryzu. Pierwszego dnia nie wzielismy kolacji, bo nikt nam nie przetlumaczyl, ze to co mowia w glosnikach to ogloszenie o posilku, wiec dobilismy sie jakas zupka chinska. Ale juz drugiego dnia zapytalem czy mozna wziac 2 porcje na sniadanie, zamiast wczorajszej kolacj. Pan wydajacy bardzo sie ucieszyl tym faktem i dal mi 3 porcje. Potem juz nie bylo problemu z dokladkami.

Drugiego dnia powstal problem z wyczerpujaca sie bateria do laptopa, wiec zapytalismy wieczorem w restauracji obok naszego poslania o mozliwosc podladowania. Zgoda byla natychmiastowa i zawiazalismy znajomosc z kucharzem. Glownym daniem przyrzadzanym w tej kuchni byly gotowane kluski z zupki chinsiej i smarzone po chwili z tymi wszystkimi przyprawami i sosem sojowym. Zostalismy wiec i tym poczestowani na koszt firmy. Zbytnio nie smakowalo, ale zjedlismy a po dluzszej chwili rozmowy – zostalismy zaproszeni do domu owego kucharza. Zaproszenie przyjelismy i skosztowalismy prawdziwej indonezyjsiej kolacji, przygotowanej przez mame i tym razem bardzo dobrej. Kolejnego dnia poszlismy razem na

najlepszy deser za 1,5 zl – ever!

zwiedzanie, sprobowalismy najlepszy deser w Indonezji i juz nigdy potem nie moglismy znalezc takiego dobrego. Kolejnego dnia zjedlismy rybe grilowana na lupinach z kokosa – pycha i pojechalismy odwiedzic babcie naszego gospodarza.

Po kilkudniowym pobycie ruszylismy w koncu na ta polnoc do Turaja. I znow ciezko bylo, nawet bardzo ciezko, bo wszyscy sie na nas patrzyli, nie wiemy co to za fenomen bialy czlowiek na tej wyspie, ale pomoc nie bylo komu. Jakimis malymi stopami przeskakiwalismy po parenascie, paredziesiat kilometrow. I jak w Malezji bez problemu dalo sie przejechac 500 i wiecej km jednego dnia tak tu nastawilismy maximum na 150. Tym razem bylo to okolo 70 i caly dzien praktycznie na to spedzilismy. Dojechalismy wieczorem, wiec jako, ze kosciolow juz nie ma to poszlismy na posterunek policji i powiedzielismy, ze pieniedzy nie mamy na nocleg i czy mozna namiot. Popatrzyli sie na nas jak na UFO. Jak to bialy i pieniedzy nie ma, ale zadzwonili, lub udawali, ze zadzwonili do komendanta pytac o zgode. Zgody nie dostalismy i zapytali ile mozemy zaplacic za nocleg. Powiedzielismy cos okolo 20 zl za pokoj, wiec wzieli nas do auta policyjnego, ktore wyglada troche jak polski Zuk. 2 miejsca z przodu w kabinie i z tylu laweczka przez srodek. No i tak jezdzilismy ponad godzine od hotelu do guest house’u i pytali w naszym imieniu o nocleg. Znalezli jeden w naszych granicach cenowych, ale do dyspozycji sama podloga. Bez swiatla i prysznic z wiadra na zewnatrz. Podziekowalismy i ruszylismy szukac dalej. Przyjechalismy – okolo 10 w nocy z wlaczonymi kogutami – do jednego z guest house’ow, ciekawe co wlasciciel sobie pomyslal jak policja zapukala o tej porze. Ale o dziwo nas przyjal, warunki byly na prawde dobre a rano dostalismy jeszcze herbate.

Region ten slynie z rytualnych pogrzebow, ktore chcac nie chcac staly sie atrakcja turystyczna. Ludzie przyjezdzaja i ogladaja cala ceremonie pogrzebu, ktora trwa kilka dni. Co niektorzy sa zapraszani do swietowania. My wypytalismy o ta ceremonie i okazalo sie, ze jest nastepnego dnia. Caly dzien wiec spedzilismy w miescie, weszlismy na lokalny szczyt z krzyzem i widokiem na cala okolice. Wrocilismy wieczorem na nocleg i rano ruszylismy z

podczas ceremonii wiekszosc ubiera tradycyjne stroje

plecakami na owa ceremonie. Jako, ze z miasta byl kawalek, to zaczelismy lapac stopa na ten odcinek. Jakiez bylo zdziwienie, gdy okazalo sie, ze kierowca jest przedstawicielem handlowym firmy sprzedajacej srodki ochrony roslin i jedzie dobre sto kilometrow. W tych warunkach bylo to nie do pogradzenia, wiec poprosilismy, aby wstapil na chwile na ta ceremonie i potem pojedziemy z nim dalej. Zgodzil sie i spedzilismy moze 10 minut i widzielismy dziesiatki swin, pare wolow i wielkie przygotowania do uroczystosci. Pogrzeb jest to tak wielka i kosztowna impreza, cala wioska jest zapraszana i kazdy przynosi swinie, wola, co moze. Potem jest on zabijany, na miejscu sporzadzany i pieczony. Kazdy je do woli i trwa to kilka dni.

Rowniez dlatego, ze jest to to kosztowna impreza, czasami zwloki trzymane sa w tych tradycyjnych domkach do czasu, az rodzina bedzie miala wystarczajaca ilosc pieniedzy na prawdziwy, rytualny pogrzeb.

budynki te normalnie sluza przechowywaniu ryzu, w wyjatkowych okolicznosciach rowniez zwklok.

Nie dane bylo nam tym razem zostac, ale bedziemy na pewno tedy wracali, wiec moze wtedy. Przejechalismy z naszym milym kierowca praktycznie caly dzien. Mowil dobrze po angielsku, wiec praktycznie cala podroz minela na rozmowie i wymianie pogladow i doswiadczen. Gdy nas wysadzil, to szczescie nam dopisalo, bo za chwile zaczelo padac a my trafilismy podwozke na kolejne kilkadzisiat kilometrow. Ale chlopaki dostali cynk, ze dalej droga jest nieprzejezdna wiec zatrzymali sie w restauracji. A tu trasy wolno sie pokonuje a wiec co jakis czas posrodku niczego jest jakas mala rodzinna knajpka z podstawowym menu i lozkami dla strudzonych kierowcow. Praktycznie kazda mala restauracja dysponuje takim przybytkiem. Probowalismy dowiedziec sie jak daleko jada i o ktorej wyruszaja, to zrozumielismy, ze wyrusza jak bedzie mozna a jada dodatkowe 40-50 km. Byl srodek nocy, wiec zdecydowalismy, ze ta noc spedzimy w tym „zajezdzie”. Rano obudzilismy sie i zastala nas piekna pogoda i piekne widoki na doline ponizej. Po chwili oczekiwania zlapalismy ciezarowke, ktora dowiozla nas do celu, ale tym razem kierowcy nie mowili wcale po angielsku wiec tylko podziwialismy widoki i sluchalismy audiobooka cala droge.

Na miejscu znalezlismy tani nocleg i nastnego dnia mielismy plynac na mala wysepke z 3 resortami i pieknymi miejscami do snorkelingu. Ale zab zaczal mnie bolec tak mocno, ze wolalem nie zostac z nim sam na sam na malej wysepce. Wiec poszedlem do dokter gigi, czyli dentysty po ichniemu. Pani zlecila zrobienie zdjecia, ktore kosztowalo 30 zl a z ktorego nic nie wynikalo, bo patrzyla na nie moze pol sekundy. A potem zaczelo sie dlugia, mozolna i najbardziej bolesna wizyta dentystyczna, odkad siegam pamiecia. Jako, ze zab wymagal leczenia kanalowego to Pani natrudzila sie dobra godzine, zanim znalazla oba kanaly. Bez znieczulenia oczywiscie. Caly czas wyobrazalem sobie te rybki i rafy, podrod ktorych bede plywal nastepnego dnia.
Gdy skonczyla odetchnalem z ulga, ale jako leczenie kanalowe, to wymagalo to przynajmniej paru wizyt. Napisala wiec list co zrobila i co kolejny dentysta ma zrobic, podziekowalem, zaplacilem i wrocilem do hotelu. Nastepnego dnia byla burza i morze okazalo sie zbyt wzburzone na wyplyniecie statku, ale juz sie wykwaterowalismy z hotelu i nie chcielismy znowu tam wracac, wiec zostalismy w budce niby biura podrozy. Nastepnego dnia juz bylo OK, wiec ruszylismy najpierw jednym statkiem, potem czekalismy az ktos z resortu nas odbierze. Proponowao nam co chwile oferte konkurencji, drozsza conajmniej 2 razy, ale za kazdym razem grzecznie dziekowalismy. Gdy wreszcie przyplyneli po nas i ruszylismy na przejazdzke miedzy tymi wszystkimi wyspami, przez krystalicznie czysta wode to naprawde byl to jeden z najladniejszych widokow z podrozy. Gdy doplynelismy na miejsce to dostalismy jeden z kilku bambusowych domkow i podrod Francuzow, Niemcow, Austriaka i Anglika zjedlismy nasza pierwsza kolacje. Byly to ryby, swierzo lapane codziennie przez wlasciciela. Pycha do kwadratu!

na rajskiej wyspie

Kolejnego dnia wyporzyczylismy sprzety do snorkelingu i poszlismy robic to po co przyjechalismy. Dla Agi byl to pierwszy raz ever, wiec miala troche oporow przed wyplynieciem na glebsza wode niz siegajaca szyi po stanieciu. Jednak najlepsza rafa koralowa byla glebiej. Przywiazalismy wiec 2 puste butelki jako boje ratunkowe i ruszylismy na ekspoatacje podwodnego swiata. Bylo na prawde super, na przestrzeni kilkuset metrow kwadratowych mozna zobaczyc taka roznorodnosc stworzen, ze az trudno to sobie wyobrazic. Spedzilismy pare godzin z glowami pod woda, po czym Aga wyszla odpoczywac a ja zostalem az do wieczora. Nastepnego dnia w wodzie spedzilem od 6 rano do 6 wieczorem z przerwami na posilki. Aga troche mniej, ale nadal intensywnie korzystalismy z urokow natury w tym zakatku Swiata. Trzeciego dnia wypozyczylismy jeszcze kajak morski i oplynelismy pare wysp dookola. I w sumie wrazen bylo wystarczajaco wiec zdecydowalismy wracac. Wieczorem lodka zabrala nas na wieksza wyspe, skad wielki prom zabral nas na Sulawesi do Poso.

Tam doplynelismy do innego portu, oddalony ok 20 km od miasta. Zapytalismy o cene za tuktuka ale ta byla zabojczo wysoka, jako, ze byla to jedyna opcja dojechania do miasta. Ale nie dla nas, po chwili stalismy i machalismy na jadace samochody przyjmujac nienawistne spojrzenia kierowcow tuktukow. Na miejsce dojechalismy w miare sprawnie, zostalismy jeszcze na jedna noc w tej budce informacji turystycznej i kolejnego dnia ruszylismy na poludnie. Zatrzymalismy sie jeszcze nad jeziorem, ktore ominelismy wczesniej. Znalezlismy kosciol a po zapytaniu o mozliwosc rozbicia namiotu dostalismy zaproszenie do domu. Kolejny caly dzien chodzilismy wokol tego akwenu, bo piorace kobiety skutecznie zniechecily nas do kapieli. Ale spacer tez byl pozyteczny i zaprowadzil nas do innej czesci, z malym resortem kilku domkow do wynajecia i duzo czystsza woda. Tam wlasnie oddalismy sie plywaniu i po paru godzinach wrocilismy do naszego kosciola.
Nastepnego dnia dotarlismy do Polopo i jakims trafem kierowca wysadzil nas kolo kosciola. Dokladnie byla to salka sluzaca modlitwom na dole i pokoje z kuchnia i lazienka na gorze, w ktorych mieszkal organista. Zaprosil nas do siebie, po chwili pojechal z kolega po kolacje dla nas a my napisalismy do naszego znajomego przedstawiciela handlowego czy nie jedzie na poludnie w najblizszym czasie. Okazalo sie, ze jest 30 km dalej i rano bedzie jechac do Makasar. Bardzo wiec nam to bylo na reke ponownie. Rano odebral nas z tego kosciola i ruszylismy ponownie. Tym razem w Turaja nie zastalismy otwartej informacji turystycznej, wiec nie chcielismy zostawac i ryzykowac, ze ceremonii nie bedzie.

Pojechalismy wiec z nim do samego Makasar, w hotelu gdzie zostawal zostawilismy bagaze i poszlismy zwiedzac miasto i wysylac zapytania o kanape. Zwiedzania nie bylo za duzo, bo miasto wielkie, najwieksze na wyspie ale nic ciekawego nie bylo. Po poludniu przyjechal odebrac nas host i pojechalismy do jego domu. Na miejscu spotkalismy paru innych surferow, Francuza, Amerykanke i Holenderke. Kolejnego dnia nasz gospodarz mial wolne, wiec z jego znajomymi i inna surferka z samego Hollywood, pracujaca na planie CSI: NY poplynelismy na bezludna wyspe. Wyspa miala byc bezludna, ale chyba wiecej osob ja zna, bo bylo dosc tloczno. Rafa w porownaiu z ta widziana pare dni temu tez rewelacyjna nie byla, ale ogolnie bylo fajnie.

MakASSar

Nastepnego dnia pojechalismy na zwiedzanie starego miasta, a potem na promenade. Jakiez bylo nasze zdziwienie, wrecz poczulismy sie jak gwiazdy… bo do tego, ze podchodza i sie przygladaja i nic nie mowia to praktycznie sie przyzwyczailismy. Ale w Makasarze bardziej smiali byli i jak jedna osoba osmielila sie zapytac o zdjecie to potem ruszyla lawina. Stalismy tam moze z 20 minut fotografujac sie z cala rodzina, potem z kazdym z osobna a potem jeszcze dwojkami. I tak kilka rodzin i jeszcze z tym dzieckiem i jeszcze z tym…

Potem pojechalismy z naszym gospodarzem do jego rodziny na testowanie weselnych potraw. Wesele jego siostry bedzie za ponad miesiac, a obie rodziny dopiero pierwszy raz tak na prawde sie spotykaja i zamiast wódki staropolskim zwyczajem – kosztuja i wybieraja dania ktore beda podawane w dniu wesela. A tradycja w Indonezji wyglada tak, ze pan mlody placi posag za narzeczona. Kilkanascie tysiecy zlotych niejednokrotnie, wszystko zalezy od

Rodzinne testowanie potraw

wyksztalcenia, pochodzenia i oczywiscie wygladu przyszlej zony. Ale cala kwota nie jest dla niej, ani dla rodziny, bo musza zorganizowac za to wesele, wynajac lokal, oplacic kucharzy i w zaleznosci od tego jak duza impreza bedzie – czasem musza dolozyc. Na tym przykladzie podam, ze spodziewaja sie 1500 gosci (slownie: tysiaca pieciuset). Impreza na 500 osob to standard, 1500 to zazwyczaj gorna granica. My rowniez dostalismy zaproszenie, ale niestety w tym czasie bedziemy pradopodobnie tuz przed wylotem do Australii.

A propos lotu do Austali, to trafilismy super promocje w naszej ulubionej azjatyckiej linni lotniczej. Codziennie sprawdzalismy ceny lotow i gdy doszly do 100 zlotych za osobe zaczalem rezerwowac czym predzej, a potem podczas rezerwacji jeszcze jakis rabat sie wlaczyl i kupilismy lacznie za 150 zlotych oba bilety z Bali do Darwin. 2 razy liczylem dni, czy zmiescimy sie w wizie… i oczywiscie nie zmiescilismy sie, ale o tym w nastepnym odcinku.

 

A propos lotow w ogole – gdy wrocilismy w koncu do domu zastalismy naszego znajomego Francuza, ktory mial leciec tego dnia na Bali. A że kierowcy tuktukow angielskiego nie znaja, a biletu lotniczego nigdy nie widzieli i nawet jak im pokazywal reka jak samolot startuje w Makasarze i laduje w Denpasarze na Bali to mimo, ze wyjechal z 3 godzinnym zapasam – spoznil sie 5 minut na swoj lot. 2 razy wzial zlego tuktuka, bo kierowca pokiwal glowa, ze jedzie na lotnisko. A oni kiwaja zawsze i po paru dniach mozna sie obyc i zauwazyc roznice kiedy kiwaja bo rozumieja, a kiedy kiwaja i sie usmiechaja a ni w zab nie wiedza o co nam chodzi. Mimo to nastepnego dnia on polecial a my 4 razy taniej wzielismy statek i kolejne 3 dni na morzu i kolejne wycieczki aby zobaczyc bialego i kolejna ryba z ryzem 3 razy dziennie. Tym razem rozlozylismy sie kolo mostka kapitanskiego.

Po krotkiej rozmowie z kapitanem dowiedzialem sie, ze statek i tym razem ma kilkugodzinne opoznienie i moglem jeszcze zejsc z pokladu i udac sie na kolejna wizyte u dokter gigi i odhaczyc kolejny etap leczenia kanalowego. Jupi.
Wszytko odbylo sie sprawnie i tym razem bezbolesnie, na pocieszenie kupilem nam pare slodyczy na droge i wrocilem na statek. Po kolejnej godzinie opoznienia odcumowalismy i ruszylismy na Bali…

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s