MALEZJA po raz niewiadomo ktory, ale niestety ostatni

Wrocilismy do tego samego miejsca, z ktorego wylecielismy ale tym razem juz wybralismy innego hosta, bo nasz poprzedni po pobycie na Filipinach polecial od razu na studia w Zachodniej czesci Malezji. Nasza nowa gospodyni rowniez byla Chinskim Malajem i chciala nawet nas odebrac z lotniska, ale nie bylo takiej potrzeby. Wyszlismy z terminala i po 5 minutach siedzielismy w aucie pracownika AirAsia. Byl bagazowym i wracal zmordowany po swojej zmianie. Dowiedzielismy sie, ze praca bardzo ciezka a zarobki niewielkie. Codziennie musi naprzezucac sie tysiace bagazy, niejednokrotnie 40 kilogramowych. Ale znizki na loty ma i korzysta z nich on i cala jego rodzina.

Gdy dowiozl nas na osiedle zaczelismy szukac naszego bloku. I tu logika numeracji iscie z Kazachstanu. Obok 2 bylo 5, potem 15 i 11. A nasza 3 stala po drugiej stronie ulicy. Ale nic to, trafilismy jakos i zaraz po odwiezeniu zostalismy zaproszeni na pyszna kolacje z wieprzowiny, gdziez by inaczej. Zaserwowano nam przysmak Chinczykow, 3 wartstowy boczek, czyli skora, tlusz i troche miesa. Bardzo drogie i wymagajace czasu i wprawy w przygotowaniu danie. Rankiem rowniez zostalismy szczodrze obdarowani lokalnymi przysmakami, ktore probowalismy pierwszy raz w Malezji. Glownie zrobione z ryzu, roznego rodzaju ciasta, kluski i ogolnie slodycze. Oraz nasze ukochane i wytesknione Roti Canai, ktore juz zamowilismy sobie podczas kolacji. Miasto juz mielismy zwiedzone, wiec po sniadaniu dostalismy podwozke do centrum w celu kontynuacji podrozy. Mielismy jechac na gore Kinabalu, czyli najwyzszy szczyt w tej czesci Malezji, ktory kazdy Malej musi odwiedzic przynajmniej raz w swoim zyciu. Ale po drodze na wylotowke wstapilismy do centrum handlowego zobaczyc aparaty i okazalo sie, ze zrobili spora przecene od ceny sprzed wylotu. Jeszcze troche negocjacji i dostalismy nawet futeral i karte SD. Szczesliwi moglismy ruszac na fotografowanie pieknych gor. Stopa zlapalismy jak zwykle po chwili i kierowca okazal sie mily pan, ktory wyjechal z domu tylko na zakupy ale chcial nam pomoc i rozmowa sie kleila, wiec wyszlo ponad 30 km podwozki. Potem jeszcze jeden stop i dotarlismy na miejsce. Kupilismy bilet do Parku Narodowego, rozbilismy namiot pod dachem jakis budynkow administracyjnych, po czym zostawilismy nasze rzeczy i ruszylismy do jakiegos miasteczka po zakupy na kolejny dzien, gdy bedziemy sie wspinali na ta gore. Okazalo sie, ze najblizsze miasteczko ma tyko jeden bankomat, ktory akurat nie dzialal a my po zakupie biletow nie mielismy praktycznie zadnych pieniedzy. Pojechalismy wiec troche dalej, tam znalezlismy bankomat i mielismy wybor miedzy sklepem sporzywczym, jakimis suchymi herbatnikami i przekaskami lub restauracja indianska i Roti Canai. Bez namyslu wybralismy opcje numer 2 i zamowilismy 15 plackow. Pare zjedlismy od razu na kolacje, a reszte na kolejny dzien. Jednak odkrylismy nastepnego dnia, ze zimne nie sa juz takie dobre a ostry sos curry obowiazkowy w tej potrawie – psuje sie po nocy w cieplym miejscu. Jednak wieksze rozczarowanie przyszlo po okolo 2 godzinach nawet nie trudnej wspinaczki. Okazalo sie, ze bilet ten uprawnia na pochodzenie jedynie po lekkich wzniesieniach. Na prawdziwa wspinaczke trzeba zatrudnic przewodnika i wykupic kolejny bilet, ktory to zestaw dla nie-Malaja kosztuje ok 1000 zl na lebka. Tego nam w kasie nie powiedziano, a ze my nie uzywamy przewodnikow to wyszlo jak wyszlo. Nic to, zostalismy jeszcze jeden caly dzien i pochodzilismy gdzie bylo mozna, ale za chwile zaczelo sie chmurzyc, wiec przyspieszylismy aby zdarzyc do suchego namiotu. Zaskoczeniem bylo, ze w cenie tego biletu sa tez gorace zrodla. Faktycznie przydatne o tej porze roku, kiedy na gorze pada codziennie i na dole widzielismy przemoczonych i przemarznietych turystow. My przemoczeni ani przemarznieci nie bylismy, ale ostatnio z tego naturanego dostatku korzystalismy jakis czas temu w tajlandii, wiec czemuz by nie. I tak to kilkoma szybkimi stopami dostalismy sie na miejsce i spedzilismy tam caly dzien korzystajac z roznych basenow. Na poczatku z „grupowych”, tj dlugich na 5 i szerokich na 2 metry, ale byly tez „osobite”, czyli moze metr na metr i wystarczylo sie przyczaic jak ktos opusci ten luksus i potem lejesz sobie wode o temperaturze idealnej i siedzisz, lezysz, pluskasz sie – ile chcesz. Fajnie bylo wygrzac

nasz maly prywatny basenik

ztrudzone kosci a na nocleg rozbilismy namiot w jednej z altan. Bylo to w miare bezpieczne miejsce, ale nie chcielismy pytac nikogo o zgode, zeby w razie odmowy szukac czegos po ciemku poza kompleksem. Ktos przeszedl raz kolo namiotu, pewnie sie zdziwil co to tu robi, bo stal kilka minut i swiecil latarka ale my sie nie odzywalismy, wiec ruszyl dalej. Co prawda rano ktos sie przyczepil, ale juz namiot byl umyty, wysuszony i gotowy do spakowania, wiec tylko pokazalismy ze mamy bilet i ze zaraz opuszczamy ten lokal.
Zlapanie stopa do tych basenow byla bardzo latwe, za to droga z i to jeszcze rano – do latwych juz nie nalezala. Uszlismy dobre pare kilometrow, zanim ktos po dlugich namowach podrzucil nas do glownej. A potem to juz bylo z gorki. Jeden pick up i paredziesiat kilometrow, potem ponad 400 z drugim kierowca i 3 rodzinka, ktora chyba nie rozumiala idei autostopu, bo mimo, ze po angielsku nie rozmawiali to znalismy to zdanie po malajsku, ze chcemy darmowa podwozke do Semporny. Mimo wszystko zawiezli nas pod najdrozszy chyba hotel w miejscie i gestem reki pokazywali, zeby cos zaplacic. A mowimy my ze za darmo, pokazujemy ze pieniedzy nie mamy itp, wiec machneli reka i odjechali. A my ruszylismy na poszukiwanie jakiegos noclegu. Udalismy sie jak zwykle do kosciola, a ze my szczescie w zyciu i w tej podrozy mamy, to bylo akurat zebranie chóru i jeden z uczestnikow zaprosil nas do siebie na mieszkanie. Zostalismy poczestowani tez kolacja, herbata i deserem. Kolejnego dnia oprocz rozbudowanego mola i hotelu na palach – niewiele bylo do zwiedzania. Zastanawialismy sie jeszcze nad kursem nurkowym, bo pogoda byla ladna a ceny podobne do tajskich. Ale po przemysleniu jednak odpuscilismy, bo potem po kursie na samo nurkowanie tez trzeba miec pieniadze a wolelismy nie szalec z budzetem wiec odpuscilismy sobie na blizej nieokreslona przyslosc.

Glowna i najladniejsza atrakcja

Potem pojechalismy do Tawau, ostatniego juz miasta na naszej trasie w Malezji. Stamtad mielismy zlapac prom do Indonezji. Jedyne przejsce graniczne w tej prowincji. Co prawda lokalni wspominali cos o przejsciu przez gory, ktore jest mozliwe i nie takie trudne, bo

W okolicach Tawau

ludzie szmugluja tamtedy mase roznych rzeczy, jednak my poprzestalismy na legalnej wersji. W miescie mielismy mozliwosc goscic u Couch Surfera w Wielkiej Brytanii, ktory tam pracuje – nie inaczej – jako nauczyciel. Obwiozl nas po okolicy, potem zjedlismy kolacje i nastepnego dnia wybila godzina opuszczenia tego kochanego i jednego z najlepszych krajow na naszej trasie. A nikt sie nie spodziewal jak wjezdzalismy tam po raz pierwszy z Tajlandii pare dobrych miesiecy temu…..

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s