Filipiny cz.2

Nastepnego dnia znow zlapalismy jeepneya na stopa, ale zamiast calej trasy, przewiozl nas tylko jej pol, bo klienci chetni zaplacic byli wazniejsi niz my i nasze plecaki zajmujace duzo miejsca. Pojechalismy do Cabanga, jako miasto przejazdowe na jedna noc. I tu spotkalo nas zaskoczenie ze strony kosciolow, bo byly az 2 ale oba katolickie i w obu nie chcieli nas ugoscic na trawniku w bezpiecznym miejscu… ale jakims zrzadzeniem losu trafilismy na parafianki wychodzace z jednego i jedna zaprosila nas do siebie. Miala obok swojego domu osobny budynek z 2 pokojami i lazienka, ktore wynajmowala tamtejszym studentkom. Rok akademicki jeszcze sie nie zaczal, wiec mieszkania staly puste i nieuzywane przez okres wakacji, a wiec i bardzo zakurzone. Nic to, przy latareczce z telefonu posprzatalismy sobie jeden z pokoi, przygotowalismy poslanie i poszlismy spac. Nastepnego dnia oddalismy aparat do naprawy i wycienili ja na 30 zl jezeli naprawia. Mialo byc zrobione po paru godzinach, wiec poszlismy przejsc sie po miescie. W miedzy czasie naprawilismy jeszcze zamek w plecaku i klapki japonki, a po powrocie po aparat niestety nie dowiedzieli sie w czym tkwi problem, ale postanowili jeszcze raz sprobowac i do odebrania bylby nastepnego dnia. Wiec szkoda bylo nie skorzystac, zostalismy tam aparat a my poszlismy do wlascicielki zapytac o pozwolenie na kolejna noc. Zgodzila sie bez problemu, tylko udoskonalismy poslanie na kolejna noc, ale i tak bylo bardzo goraco i niewygodnie. Kolejny dzien nie przyniosl niestety poprawy w aparacie, wiec juz zaakceptowalismy zaiwestowanie w nowy i od tej pory kazde napotkane centrum handlowe z elektronika sprawdzalismy skrupulatnie. Ale, ze centra handlowe z prawdziwego zdarzenia i do tego 2 lub 3 najwieksze na Swiecie sa tylko w Manili wiec przez reszte pobytu nie udalo sie znalezc nic konkretnego.

Ruszylismy nastepnego dnia dalej, szczegolnie, ze odziwo zjawily sie 3 studenki i ich rodzice z rzeczami do umeblowania pokoju. Czyli i tak nie mielismy wyjscia. Tym razem zatrzymal sie nam jakis samochod z 2 panami jadacymi praktycznie do naszego kolejnego celu. Tym razem w miescie byl tylko jeden kosciol, do tego zabytkowy i wpisany na liste UNESCO. Zapytalismy oczywiscie, czy nie mozna by tam gdzies namiotu na 1 dzien ustawic, ale odpowiedzieli nam, ze to zabytek, chroniony itp itd i oficjalnie nie mozna. Ale zapytali czemu za darmo i czemu nie mamy pieniedzy, wiec odpowiedzielismy, ze taki mamy styl podrozy i ktos zaproponowal, zebysmy wskoczyli do samochodu i byc moze znaja kogos, kto moze nam pomoc. Okazal sie to jakis prywatny i nierozreklamowany guest house, wiec zostalismy znowu tam na 2 noce. Podczas zwiedzania miasteczka znalazlem drzewo mango z mnostwem owocow na ziemi. Zebralismy parenascie sztuk i ruszylismy do pokoju na konsumpcje. Zjadlem lacznie 6 lub 7 dojrzalych, dorodnych i soczystych owocow… a potem musialem isc do lazienki, i jeszcze raz. I jeszcze..

Nastepnego dnia, gdy z zoladkiem bylo juz wszystko ok ruszylismy dalej. I pierwsze zlapane auto jechalo praktycznie do naszego docelowego miejca. Gdy uradowani wsiedlismy do srodka w oczy rzucily sie kilka roznych sztuk broni tu i owdzie. Troche sie zdziwilismy, ale o nic nie pytalismy. Za to nas zapytali o standardowy zestaw: skad, jak dlugo, dlaczego stopem, ryzykowne itp. Po kilkunastu minutach rozmowy dowiedzielismy sie, ze nasz nowy kolega jest naczelnikiem polici w tym regionie i jechal wlasnie do jakiegos restortu swietowac swoje 40 urodziny. Po drodze wstapilismy na jakis posterunek i po przyjezdzie i wymianie kilku zdan nagle kilku policjantow zaczelo sie uwijac i przygotowywac maly poczestunek dla nowych gosci. Po paru minutach stol byl gotowy, zastawiony roznymi przekaskami i popitkami. Spedzislimy tam moze godzine, po czym ruszylismy dalej. Wysiedlismy kolo resortu oddalonego o ok 15 km od naszej miejscowosci a bylo juz dosc pozno, wiec zastanawialismy sie czy ktos sie zatrzyma. Ale juz po paru minutach mielismy podwozke i zaproszenie do domu na nocleg i poczestunek. Trafil nam sie bardzo mily dziadek, ktory pracuje na Hawajach. Teraz przyjechal na wakacje a byc moze i na stale, a tam byl instruktorem delfinow i razem z synem trenowali te mile ssaki. Kolejnego dnia byla niedziela, wiec cala rodzina jechala na plaze i my dostalismy zaproszenie. Posnorklowalismy troche, potem wstapilismy do jakis kuzynow po owoce morza na obiad i wrocilismy do domu. 3 dnia ruszylismy dalej, zeby wrocic z malym zapasem do Manili na powrotny lot. Po drodze zatrzymalismy sie tyko w 1 miasteczku i znowu jakas pani z kosciola baptystow zaprosila nas do siebie. Wieczor spedzilismy z jej malymi kuzynkami szkolac ich angielski. Nastepnego dnia poszlo dosc sprawnie, bo zlapalismy na stopa rodzinke, ktora nam bardzo chciala pomoc i mimo, ze nie mieli za wiele miejsca to upakowali nas jak mogli. Jedna osoba siedziala w srodku a druga na pace. Ale na pace to duzo powiedziane, bo bylo tam tyle rzeczy, ze tylko jedna noga stala w srodku a pupa na klapie i druga noga na zewnatrz. Zaden transport juz mnie chyba nie zdziwi. A rodzinka robila podobna trase do naszej, tylko mieli na wszystko 2 tygodnie zamiast 3. Zabralismy sie tez z nimi do parku narodowego, na farme wiatrowa i do latarni morkiej, do ktorych sami pewnie nigdy bysmy nie trafii a bylo naprawde warto. Potem oni zostali w jednej z miejscowosci, a my jeszcze kilkoma stopami dlugodystansowymi dojechalismy do rozstaju drog w ktorym skrecilismy przypadkowo zamiast jechac prosto. Pan biznesmen, ktory nas na ten roztaj dowiozl – zaprosil najpierw na obiad do lokalnego fast fooda. Z obiadu skorzystalismy, ale potem dostalismy jeszcze ponad 100 zl kieszonkowego. Chwile sie wzbranialismy przed przyjeciem tych pieniedzy, ale nalegal wiec wzielismy i akurat potem starczylo na pokrycie oplat lotniskowych.

Do Manili dojechalismy rowniez jeepneyem, ale juz prywatnym z cala rodzina. Wyrzucili nas kolo stacji metra, gdzie prawie 3 tygodnie wczesniej panowie policjanci skutecznie uniemilali nam zycie. Zlapalismy metro i pojechalismy w strone lotniska. Po drodze jeszcze byly 2 koscioly i obu zapytalismy o rozlozenie namiotu. W jednym zbyli nas, ze nie ma proboszcza i nie moga za niego decydowac, a komorki podobno nie nosi. Na pytanie o wode z baniaka w budce ochroniarzy odeslali nas do kranowy. W Manili!! W calych Filipinach nie pilismy kranowki a ta z Manili raczej na pewno byla by najgorsza z wszsytkich pozostalych miejscowosci. W drugim kosciele, znacznie wiekszym, uprzejma pani siedzaca w czymsc w rodzaju recepcji – powiedziala, ze juz jest 8 w nocy i biuro nie pracuje a ona nie bedzie nigdzie dzwonic. A gdy nalegalem, ze to tylko jedna noc i nasz maly namiocik na tym wielkim ogrodzonym terenie – uciela rozmowe i odeslala do ambasady, zeby tam szukac pomocy. No to poszlismy na lotnisko, zostalismy bagaze w biurze naszej linii lotniczej, ktora mielismy leciec nastepnego dnia i po raz ostatni przeszlismy sie tymi brudnymi ulicami stolicy i sprobowalismy tego jedzenia, ktore o dziwo okazalo sie bardzo dobre na koniec pobytu. Za reszte peso kupilismy jeszcze cos na rano, na droge i ruszylismy na nocleg na podlodze lotniska.


W miedzy czasie zmienialismy warte ze spaniem i pol nocy ja rozmawialem z przyjaciolmi na skype i przerabialem biet wylotowy z malezji, gdby A

ir Asia wymagala takowego a drugie pol Aga zalatwiala swoje sprawy.

Biletow wylotowych nie sprawdali na szczescie i po paru godzinach bylismy w naszej kochanej Malezji – ponownie!

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s