Laos

Kierowca tajski byl jak zwykle mily i okazalo sie, ze jedzie spory kawalek w nasza strone. Zapytalismy na migi czy poczeka chwile, az zalatwimy wize – a on nie dosc ze poczekal, to jeszcze zalatwil nam jakas kolezanke na skuterze, ktora nas zawiozla na punkt graniczny i posrodku sporej grupy turystow dostalismy upragniona naklejke do paszportu i pieczatke wjazdowa. Tu podobnie jak w sasiedniej Kambodzy byla oplata inna niz na wizie o pare dolarow a powodem podobno godziny popoludniowe, ale juz nie przedluzajac oczekiwania naszego kierowcy nie prawdalismy sie z celnikami, zaplacilismy i wrocilismy do kabiny. Nasz cel tego dnia byl Luang Namtha i dotarlismy tam na miejsce z tym samym kierowca. Po drodze mijalismy male wioseczki i czesc w ogole byla bez pradu, czesc z malymi zarowkami przebijajacymi swiatlo przez szpary w palmowych scianach. I co ciekawe bardzo czesto przed takim bambusowo-palmowym domkeim spotkac mozna anteny satelitarne. Kierowca wyrzucil nas w koncu kolo jakiejs gospody ale ceny zadziwiajaco wysokie zachecily nas namiotu z tylu budynku. Poranek powital nas ladna pogoda, wiec ruszylismy dalej ale po chwili odczulismy duza roznice w stopowaniu po kambodzy, o tajlandii nie wspominajac… czekalismy dluzsza chwile a potem zatrzymaly sie 2 samochody z chinczykami wracajacymi z obchodow nowego roku. Potem znowu dlugo dlugo nic i kolejny Chinczyk jadacy w nasza strone. Przyjechalismy do jakiegos miasta i troche ze zmeczenia a troche z niechcenia postanowilismy dzis nie kontynuowac jazdy, tylko zostac i odpoczac. Trafil sie jakis tani guest house, wiec po zrzuceniu bagazow ruszylismy na spacer i w poszukiwaniu czegos do zjedzenia. Na spacerze okazalo sie, ze wiekszosc sporych biznesow jest prowadzona przez chinczykow. Glownie duze supermarkety, hotele, restauracje. Ta nacja najeżdza biedny i zacofany Laos i inwestuje swoje Juany, tworzac czesto monopole w niektorych branzach.

Kolejnego dnia ruszlismy do Luang Prabang i tu kolejne rozczarowania ze stopa w tym kraju. Juz dawno tak zle nie bylo, ostatnio chyba w Chorwacji…  Dotarlismy na miejsce i faktycznie bylo to fajne klimatyczne miasteczko z glowna atrakcja polegajaca na zbieaniu jedzenia przez mnichow. Trzeba rano wstac, zeby to obejrzec ale podobno liczba turystow przekracza kilkukrotnie liczbe mnichow, wiec zrezygnowalismy. Po tym miasteczku mielismy jechac do Vang Vieng ale znowu po kilku godzinach stania zatrzymalo sie 2 Chinczykow jadacych na festival sloni do Wat Phu . Postanowilismy wziac co nam los zeslal, wiec ruszylismy z nimi. Na miejscu okazalo sie, ze jest to jedna z najwiekszych impez w calym Laosie. Przez caly dzien odbywaly sie przejazdzki sloniami oraz ogladanie ich karmienia. A wieczorem za to mozna bylo zasmakowac troche kultury, bo na sporym kawalku pola bylo kilka opcji do wyboru. koncert, teart, dyskoteka i wesole miasteczko. Co do sloni, ktore plakaly i szarpaly sie na lancuchach przywiazane do drzewa – wzbudzaly raczej zal niz chec przejechania sie na nim. Ale rzeszom turystow to widocznie nie przeszkadzalo. Co do wystepow to faktycznie bylo na co popatrzec i mimo malych wpadek calkiem przyjemnie sie ogladalo. Na zakonczenie festiwalu mozna bylo wyslac lampion do nieba, wiec wyslalismy ich lacznie z 10, zeby wsystkie nasze zyczenia na pewno sie spelnily.

Nastepnego dnia kolejne problemy i po wyjsciu z miasta kilku kilometrow i potem podwiezieniu kawalek przez miejscowego utknelismy znowu. Caly czas jechalismy wzdluz Mekongu, a wiec niejako przy Tajskej granicy i nie raz pytalismy siebie czy przestac sie meczyc i wrocic do cywilizowanego stopa. Jechalismy dalej, bo glupio poddawac sie po paru pierwszych dniach. Pare samochodow sie zatrzymalo ale za darmo nie biora i odjechali. Az niezawodny Taj, kierowca tira zatrzymal sie i zaczelismy jechac. Mapy tego regionu nie mielismy a chcielismy sie dostac do stolicy – Vientiane. Mignal nam po drodze jakis znak w tamta strone, ale droga jakas rozkopana, blotnista wiec stwierdzilismy ze pewnie potem bedzie jakas inna, lepsza. W tym przekonaniu przejechalismy jeszcze paredzesiat kilkometrow i pare godzin az tu nagle granica Tajska. Ahaaaa myslimy, czyzby los nas tu zeslal i mamy konczyc meczarnie autostopowe w tym kraju czy to proba, zeby sie nie poddawac i wracac na szlak. Piersze mysli skierowalismy do Tajlandii, dobrego jedzenia, dobrych drog i dobrych autostopowiczom ludzi… ale po ochlonieciu i rozmowie zdecydowalismy, ze jak teraz wyjedziemy z tego kraju to juz nigdy wiecej tam nie wrocimy, bo wszystko nas wkurzalo z kierowcami na czele. A wiec zdecydowalismy, ze wracamy na szlak i zacisniemy zeby a na poludniu mialo byc lepiej. Gdy postanowilismy wracac to wyszlismy na droge i zaczelismy lapac nadjezdzajace tiry, bo musielismy wrocic do tego skrzyzowania, ktore mimo, ze blotniste i rozkopane, bylo jedyna droga do stolicy. Podszedl do nas celnik i za pomoca listu dla kierowcow z opisem naszych dzialan wytlumaczylismy, ze chemy jechac do stolicy za darmo. On zalatwil nam jakiegos kolege, ktory nas mial gdzies wywiezc na droge do stolicy. Gdy dojechalismy na przystanek autobusowy i zaczelismy machac rekami, ze autobusu nie chcemy i pokazalismy to zdanie na naszym liscie – odburnal cos i wrocil z nami na granice. Cos porozmawiali jeszcze z celnikiem, po czym zabralismy bagaze z samochodu i stanelismy w tym samym miejscu. Jednak celnik juz nie byl taki mily, wrecz przeciwnie. Nagle nie mozna bylo stac w tym miejscu i wyslal nas 100 metrow dalej. Gdy po pol godziny czekania nadal stalismy w tym miejscu wczesniej wskazanym przez celnika – nagle zmienily sie przepisy, bo podjechal do nas na skuterku i wyslal z kilometr dalej bo i tu nie mozna bylo stac, strefa przygraniczna. jeszcze raz popatrzylismy po sobie czy jestesmy pewni, ze nie przekraczamy granicy, ale w lepszych humorach posluchalisy wladzy i ruszylismy dalej. Ale wyszlo na dobrze, bo obok byl parking i Tajscy kierowcy czekali na miniecie pauzy. Zabralismy sie z jednym z nich i jako, ze na skrzyzowaniu zlapal nas wieczor -kontynuowalismy jeszcze troche dalej, zeby znalezc nocleg. Takowyz znalezlismy w fajnym domku drewnianym przy Mekongu. Poczatek kolejnego dnia odwrocil zla passe i pierwszego stopa do owego skrzyzowania zlapalismy po paru minutach. Potem tez nie dluzej niz po 20 minutach mielismy kurs do stolicy. A na miejscu ceny tez stoleczne, wiec zajelo dobre 2 godziny zeby znalezc cos na nasza kieszen. A gdy sie udalo to zostalismy juz tam 3 noce i odkrywalismy to malo ciekawe miasto.

Po stolicy kolejnym celem bylo Tha Khaek i podobno fajna jaskinia z przeplywajaca rzeka przez jej siedmio kilometrowa dlugosc. Spotkalismy na oko 60 letnia pania, mieszkajaca w USA ale pochadzaca z Niemiec, ktora odradzala wyjazd. Podobno byla i dostanie sie tam wiaze sie ze sporymi kosztami na transport publiczny, a na skuter podobno trzeba kilku dni zeby odwiedzic ta jaskinie i kilka innych wodospadow. Tym wywiadem zniechecilismy sie do wyjazdu, az dotarlismy do hostelu w ktorym pracownik wytlumaczyli nam, pokazali mapy i uspokoili, ze mozemy sama jaskinie zrobic w jeden dzien na skuterku. Wypozyczylismy wiec z samego rana jeden i ruszylismy przed siebie. Pierwszy raz w zyciu prowadzilismy ten rodzaj transportu! Pierwsze tankowanie i problem z zatrzymaniem sie przy zbyt szybkim ruszeni. Potem po 10 minutach nie ominelismy sporej dziury w drodze i troche stracilismy panowanie nad motorkiem, co sciagnelo nas na pobocze i stracilismy pysznego soczystego arbuza. Ale potem to juz bylo z gorki. Pierwszy raz to my bylismy szefami kierownicy i moglismy sie zatrzymac wszedzie i zawsze gdzie chcielismy. Tak tez robilismy, piknikujac pare razy po drodze, po czym dojechalismy do parku. Na miejscu zakupilismy bilet na lodke i ruszylismy. Jaskinia zrobila na nas fajne wrazenie, kilka razy trzeba bylo wychodzic i przenosic lodke, raz wyszlismy poogladac stalaktyty i stalagnity oswietlne w troche tandetny sposob. potem jeszcze droga powrotna ta sama trasa i wysiedlismy zadowoleni. Zostalo tylko wrocic do naszego hostelu. Zaczelo sie sciemniac chwile po naszym wyruszeniu a potem bylo ciekawie. Cala droge powrotna prowadzilem ja i przychodzilo to ze lzami w oczach. Kask mial szybke, ale byla przyciemniona i porysowana i po zalozeniu w zmroku nie bylo nic widac. Komary, muszki i calkiem spore owady bily po twarzy niemilosiernie. Ale jechalismy i cisnelism ze skuterka ile Koreanska fabryka dala. Na miejscu bylismy okolo 9 i jako ze przypadala miesiecznica podrozy zakupilismy prowiant w postaci piwka i chipsa. Ale bylismy na tyle zmeczeni, ze po pol godziny swietowania usnelismy blogo.

Kolejnego dnia ruszylismy do ostatniej z planowanych miejscowosci laotanskich – Don Det i podobno 4000 wysp na rzece Mekong. My mielismy mieszkac na 1 z nich i tak zrobilismy. Dotarslimy z malymi tylko problemami, a wlasciwie z ostatnim 5 km odcinkiem z drogi glownej do rzeki. Zatrzymalo sie pare samochodow, ale za darmo nie biora i tak przeszlismy sobie ten kawalek piechotka.

Przy rzeczce trzeba bylo potargowac troche cene za transport na wyspe i po parudziesieciu minutach bylismy na hamaku w naszym nowym miejscu relaksu i odpoczynku przez nastepne pare dni. Pierwszego dnia ograniczylismy sie tylko do lezenia i jedzenia i czytania. Drugiego juz lepiej, bo wynajelismy rower i zjezdzilismy ta wyspe i okoliczna polaczona mostem – w szerz i w dluz. Trzeci i ostatni dzien znowu poodpoczywalismy i poczytalismy ksiazki i ruszylismy z powrotem do wytesknionej Tajlandii.

Jeszcze na granicy kolejna przygoda z celnikami, bo jako ze przekraczalismy granice w sobote i musieli biednych panow fatygowac z tej okazji – no to oplata weekendowa za to. Ale tym razem bylismy kompletnie bez pieniedzy. Wszystkie drobne wydalismy na ostatnia kolacje ostatniej nocy i pokazywanie kartki ze podrozujemy za darmo i pokazywanie pustego portfela nic nie dalo -pozostali niewzruszeni. Poszlismy wiec bez pieczatek wyjazdowych na Tajska strone i wytlumaczylismy cala sytuacje jeszcze raz, ale tu celniczka nie mogla przybic pieczatki wjazdowej bez wyjazdowej z ostatniego kraju, wiec dala nam te pare brakujacych dolarow, wrocilismy, zaplacilismy i pozegnalismy z przyjemnoscia ten dziwny dla nas i nieprzyjazny autostopowiczom kraj.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s