Wietnam cz.2

Pierwszym miastem bylo Hue, gdzie z latwoscia dojechalismy. Na miejscu mielismy mloda gospodyni z Couch Surfingu i po kolacji z odrobina wina

strzyzenie szkolnymi nozyczkami

gospodyni, tlumaczac sie odziedziczeniem genow po rodzicach, ktorzy sa fryzjerami – obstrzygla nas „troche”. Potem kilka tygodni odrastaly do normlanosci, ale co tam.

Po kilku dniach w tym miejsce ruszylismy dalej i wbrew opinii lokalnych, ktorzy zapewniali, ze musimy wziac autobus bo na stopa nikt nas nie zabierze poczekalismy okolo pol godziny i zlapalismy bezposrednia podwozke do Da Nang, w kt0rym gospodarzem byla mloda mama.

Na miejsu dowiedzielismy sie, ze bedzie wieczorem kolejna para autostopowiczow z Ukrainy, ktorzy podobno podrozuja za darmo. Poszlismy na zwiedzanie miasta i mielismy wrocic na kolacje o  8. Po naszym przybyciu za chwile pojawili sie Boghdan i Anna – wspomnieni wczesniej Ukraincy. Wyjasnili, ze faktycznie jest mozliwe podrozowanie bez pieniedzy, najpierw zrobili kilka prob na mniejsza skale po Ukrainie i okolicach i gdy zamazyl im sie wiekszy swiat postanowili wyruszyc i

nasz gospodarz z CS

sprobowac. W podrozy byli 2 miesiace dluzej od nas, czyli okolo 8 i przez ten czas, nie liczac wiz, wydali 150 dolarow. Glownie na bilety autobusowe z wiekszych miast oraz wode. Zachwyceni sluchalismy ich z niedowierzaniem, a oni opowiadali o innych harcorowych podroznikach ktorych spotali na swojej drodze, jak np. rowerzysta, ktory chce przejechac wszystkie kontynenty dookola, w miare mozliwosci przy linii brzegowej. Albo pieszy, ktory idzie dookola swiata. Albo pare innych przypadkow, dowodzacych, ze oni a tym bardziej my nie jestesmy az tak niezwykli jak wiekszosc spotkanych mowi o naszym sposobie podrozy. Podczas pysznej kolacji przyzadzonej przez Mue opowiadalismy o swoich przygodach, oni o swoich i tak minelo szybko pare godzin, po czym poszlismy spac. Ania i Boghdan nastepnego dnia rano ruszyli dalej a my zostalismy kolejny dzien na powtorzenie zwiedzania przy ladniejszej pogodzie, wieczorem po powrocie pobawilismy sie z  malym Motem.

Rankiem ruszylismy do Hoian, magicznego miasteczka ktore stalo sie drugim ulubionym po Hanoi w calym Wietnamie. Nie da sie opisac, co takiego

lampy Agi

magicznego tam bylo – po prostu trzeba pojechac, zobaczyc i samemu ocenic.  Na miejscy spotkaismy sie na chwile ze Szwajcarami, ktorzy podarzaja podobna trasa, wiec nasze drogi jeszcze spotkaja sie niejednokrotnie.

Po 2 dniach w tym miasteczku ruszylismy do turystycznego Nha Trang, ale zamiast dojechac tam skrecilismy do innego resortu w Ninh Thuy, gdzie kierowca polecil nam sie udac, ze wzgledu na nieturystycznosc tego miejsca. W sumie to czemu by nie. Pojechalismy na miejsce i fatycznie plaza byla, jakies 2 hotele i 1 resort ale lacznie na plazy widzielismy moze 10 osob lacznie przez caly czas pobytu. Oswiadczylem sie Adze i ruszylismy dalej. Ruszylismy do Dalat, gdzie podobno jest jakas gora i podobno mozna sie tam powspinac. Gora a i owszem, ale prakczynie cala trasa wiedzie droga asfaltowa, gdzie za oplata zawioza cie na gore, poczekaja az zrobisz pare zdjec i zwioza na dol. My zrobilismy ta trase pieszo i dosc szybko nam poszlo, ale z osobliwosci zaobserwowanych po drodze mozemy wspomniec o koniu, ktory byl pomalowany jak zebra. Wlasciciel chcial go odroznic od innych koni we wsi i niewatpliwie mu sie udalo. I w tym miejscu nasi znajomi Szwajcarzy przebywali rowniez i udalo nam sie spotkac na pare minut.

Po Dalat przyszedl czas na slynny i pewnie wszystkim znany Sajgon. Prawdziwy sajgon w tym Sajgonie, nie ma co. Zeby przejsc przez ulice trzeba miec oczy caly czas szeroko otwarte. W sumie przyzywyczailismy sie do tego juz dawno

Sajgon

ale tu trzeba bylo naprawde uwazac, zeby nie byc potraconym/obrabowanym przez motorzyste. Nawet mielismy jedna probe rabunkowa na nasz aparat, a najczestrza metoda jest podjezdzanie od tylu na skuterku w odosobnionych miejscach, wyszarpytanie turystom aparatow i szybkie odjechnie. Niestety w naszym przypadku okazalo sie ono bezskuteczne. Co innego w przypadku Szwajcarow, a dokladnie Niny, ktora czekajac czerwonym swietle, aby przejsc przez jezdnie, wyjechala z miasta bez zlotego lancuszka. Miasto wg. nas mialo duuuzo mniej do zaoforerowania niz Hanoi i po odwiedzeniu paru wystaw, muzeum, zjedzeniu pizzy i posluchaniu opowiesci o Nowej Zelandii od naszego gospodarza, ktory byl pierwszym poznanym przez nas Nowozelandczykiem.

Po paru dniach ruszylismy do delty Mekongu. Nasz wybor padl na najwieksze z miast – Can Tho. Po ulokowaniu i obejrzeniu malo ciekawego miasta najwieksza atrakcja mialo byc wynajecie lodki i poplywanie przez pol dnia w celu odwiedzenia marketu na wodzie, zielonej wyspy na rzecze, obfitej w rozne mniej i bardziej znane w Polsce owoce i warzywa. Wyruszyc mielsmy o 5.30,

radosc na wodnym markecie

zeby obejrzec wschod slonca, ale nie przywykli do wstawania o tej porze nie moglismy sie obudzic i wlascicie lodki przyszedl do naszego hotelu po nas. Ewentualny wschod slonca nie bylby mozliwy do obejrzenia, bo bylo pochmurno tego dnia, wiec niczego nie stracilismy. W dniu wczorajszym w drodze do naszego hostelu zostalismy zaproszeni na impreze odbywajaca sie w namiocie przy ulicy, po paru piwach i kilkudziesieciu minutach rozmowy okazalo sie, ze to przyjecie slubne a my jestesmy zaproszeni na jutro na to wlasciwe. Tam sluby wygladaja tak, ze w sobote najblizsza rodzina i najblizsi znajomi bawia sie wspolnie pod namiotem, a w niedziele jest wystawne przyjecie przez kilka godzin. Po powrocie z pol dniowych atrakcji trafilismy na moment, gdy panstwo mlodzi wysiadali z samochodow i udwali sie do restauracji, zaproszenie dostalismy ponownie ale odmowilismy grzecznie i ruszylimy na spotkanie ze Szwajcarami (nie ostatnie w tej wycieczce). Nastepnego nie byl ostatni legalny dzien pobytu w Wietnamie z naszej 30 dniowej wizy. Mielismy ok 200 km do granicy, wiec jak to w Wietnamie super wszczesniej dzialalo nie spodziewalismy sie zadnych niespodzianek i ruszylismy kolo 12.

Pan i Pani mloda

Nigdy tak zle jeszcze nie szlo jak wtedy, w pierwszym miejscu ponad godzina, potem kierowca podwiozl nas 10 km i kolejna godzina. Potem drogi sie zepsuly i ruch zmalal jeszcze bardziej, wiec gdy dojechalismy do Rah Gia okolo 18 postanowilismy wziac autobus do przygranicznej miesciny. Akurat juz nie  mielismy zadnych dongow a dolary byly na wize Kambodzanska i ewentaualne nieprzewidziane wydatki na granicy, ktore jak slyszelismy lubia sie czesto pojawiac. Tudno, zaryzykowalismy negocjacja ceny za busa i stracie 5 dolarow na lapowki dla pogranicznikow. Udalo sie ale gdy dotarlismy do miesciny kolo 21 tu kolejna niespodzianka. Granica zamknieta juz dzisiaj, czynna do 18 a dzis juz nikt dla nas nie otworzy. Poszlismy na posterunek, zeby zapytac jakie konsekwencje nam groza i po kontacie ze znajomym Wietnamczykiem poznanym w ambasie, ktory tlumaczyl policjanta – dowiedzielismy sie, ze zadnych konsekwencji nie bedzie. Troche zdziwieni tym faktem z niedowierzaniem polozylismy sie spac i nastepnego dnia z samego rana ruszylismy na przejscie graniczne. Musielismy wypelnic jakies formularze i oplata za dzien zwloki sie pojawila, ale wytlumaczylismy, ze na prawde nie mamy pieniedzy i pokazalismy oficerowi karteczke, ktora mamy dla kierowcow, ze chcemy z nimi jechac za darmo. Po 10 minutach negocjacji odpuscili a my ruszylismy do Kambodzy.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized, Wietnam i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s