Wietnam cz.1

Pierwszy kontakt z Wietnamem byl troche straszny, wszyscy chca ci cos wcisnac, wymiana pozostalych z Chin paru juanow to proba oszustwa, chcemy isc na wylotowke to zamiast wskazac kierunek pokazuja na taksi itp itd. Ale nie

czesto spotykana wietnamska zabudowa, ze wzgledu na maly areal domy buduje sie waskie i wysokie.

taka szkole juz mieslismy, wiec pochodzilismy troche po przygranicznym miescie, znalalezlismy jakis sklep. Kupilismy zupke chinska i zapytalismy czy mozemy skorzystac chwie z kompytera, zupke zjedlsmy, kupilismy druga i szukalismy na google map jak najepej wydostac sie z tego miasta. Gdy przyszlo do placenia to za zupki 1,5zl a za internet 10 zl nam policzyli. Za pol godziny korzystania moze. To my, ze wczesniej nic nie wspiminala o placeniu. Jak by wspomnieli to bysmy jakiegos hotspota zlapali, a oni ze my nie pytalismy i ze oni za to tez placa wiec stanelo na 1,5 za zupki i 2 zl za internet. Potem sie okazalo, ze w Wietnamie mozna pocwiczyc zdolnosci negocjacyjne praktycznie na kazdym kroku.

Gdy wydostalismy sie na wylotowke dosc szybko zatrzymal sie nam kierowca, potem przez cala droge zalowalismy, ze zjedismy te zupki, bo droga byla piekna, wsrod dzungli i bardzo zielona, ale tez bardo pokrecona. Kierowca jechal dosc szybko, wiec caly czas nam sie te zupki odbijaly ale do wymiotow na sczescie nie doszo.

Potem zlapalismy kolejnych kierowcow i droga sie poprawila, podwiezli nas ponad sto kiometrow i do Hanoi, naszego obecnego celu zotalo ok 200. Idac wg znakow ruszylismy i szlismy i szlismy i lapalismy. Dlugo nikt sie nie

przenosne kuchnie i male stoliczki i krzeselka – uwielbiamy

zatrzymywal, az tu nagle ktos staje, pyta do kad chcemy a my ze Hanoi a on ze to w druga strone. Jak to w druga – znak byl ze w ta? Nie w druga na pewno. Potwierdzilismy ta informacje w skepie obok, potem jesze w 2 w drodze powrotnej i gdy wrocilismy na skrzyzowanie bylo juz ciemnawo. Nikle szanse na zatrzymanie kogos po zmroku a miejscowi przekonuja nas do autobusu. My na autobus nie mamy, nawet jak bysmy chcieli. Bankomatu w tej wiosce nie ma, wiekszosc nie wie o co mi chodzi jak pokazuje karte bankomatowa, dopiero ktos zalapal i pokazuje reka w tamtym kierunku i wyjasnia, ze to ok 7 kilometrow. Druga osoba, ktora wie co to bankomat tez pokazuje w tamta strone ale mowi, ze ok 5 km. Tez za duzo, wiec sprobujemy jeszcze cos zlapac a potem jak przyjedize autobus – sie wymysli. Moze wezmie nas na kredyt a splacimy go w miescie. Okazuje sie, ze nie bedziemy musieli placic, bo poprzedni kierowcy ktorzy podrzucii nas do tego miasteczka wlasnie skonczyli zalatwiac sprawy i kontynuja podroz do Hanoi.

Hanoi wita nas goracym dusznym powietrzem. Kierowca stwierdzil, ze na pokazany przez nas adres mamy z tego miejsca ok 2 km. Idziemy kawalek i kolejna osoba mowi ze 2 km, po kawalku to samo. Zatrzymujemy sie na przystanku cali zlani potem i po przejsciu zdecydowanie wiecej niz 2 km i probujemy dowiedziec sie o autobus. No jest jakis a do tego mieszkania mamy jeszcze… ok 2 km. No to bierzemy ten autobus, troche bylo wiecej niz 2 km mozemy stwierdzic i dobrze, ze go wzielismy. Na koniec jeszcze miejscowi troche numery pomylili i wysiedlismy 1 przystanek wczesniej i wskazali zla strone ale po chwili wszystko bylo ok i wlasnie trafilismy na poczatek imprezy konca swiata. Pobyt w Wietnamie zapowiada sie interesujaco!

Hanoi jest zdecydowane jednym z najlepszych miast jakie odwiedzilismy, te stare uliczki, te stragany, ci ludzie, te male przenosne restauracje… Podobalo nam sie to wszystko a przy okazji trafilismy na zajebistych hostow, ktorzy jak wspomnielismy – przywitali nas impreza konca swiata. Hosci byli z wielkiej Brytani i oczywiscie uczyli angielskiego. A impreza ktora zastalismy byla jak z hollywodzkiego filmu. Masa ludzi, wchodza, wychodza, wiekszosc sie nie zna nawzajem, koledzy kolegow kolegow, taki melazn u sandry w Tomaszowie, tyko ze doszedl do skutku a my bylismy w centrum. Po calym dniu podrozy zmeczenie jednak dalo sie w kosc, wiec wrocilismy do naszego pokoju i chcielismy odpocac. Za chwile przyszedl tez inny couch surfer z Austrii, ktory tez nie przywykl do takich imprez. Porozmawialismy z nim jesze dobra chwile, po czym nagle impreza za dzwiami ucichla. Jak sie potem dowiedzielismy przenosla sie tylko gdzie indziej. Rano we 3 posprzatalismy to pobojowisko i po poludniu ruszyismy w miasto. Wieczorem wyszlismy z Tomasem do beer corner, czyli piwnego rogu, a raczej calej malej uliczki, gdzie mozna bylo kupic dobre piwko domowej roboty, prosto z beczki za 1,5 zł. Po kilku piwkach wrocilismy do domu taksowka.

Wieczorem omowilismy liste zakupow na kolacje wigilijna, ktora miala byc nastepnego dnia. Kazdy z grupy mial przygotowac cos swojego, ale jako ze

kolacja WIgilijna cz.1

Polskie potrawy do najprostszych nie naleza postanowilismy, ze my pomozemy w przygotowywaniu. Tak tez zrobilismy i kolejnego dnia po powrocie ze zwiedzania zaczelismy wielkie gotowanie. Kazdy sie krzatal w kuchni i robil co mogl, zeby wypadlo wysmienicie. Tak tez bylo i w tym miedzynarodowym gronie spedzilismy wspanialy wieczor.

Kolejnego dnia mielismy zaproszenie do Ambasady na oficjalna kolacje dla Polonii. Jako ze nasze stroje podroznicze „troche” odbiegaly od wyjsciowych postanowilismy zrobic male zakupy i jako ze znalezlismy firmowy sklep z duzymi wyprzedazami niewielkim kosztem zaopatrzylismy sie w nowe spodnie, koszule, bluzeczke i leginsy. Rowniez do Ambasady wypadalo cos przyniesc ugotowanego, ale z braku pomyslow i lenistwa kupilismy tylko ciasto i pojechalismy pod wskazany adres.

Na miejscu bylismy przed czasem, wiec moglismy chwile czasu spedzic

spotkanie Wigilijne w Ambasadzie RP

wylacznie z panem Ambasadorem i malzonka. Opowiedzielismy o naszej przygodzie i dalszych planach, a potem w miare pojawiania sie nowych gosci powtorzylismy ta historie jeszcze kilkukrotnie. Ale atmosfera byla wspaniala, zaczelismy od koledy, potem przyszla pora na pyszne potrawy, dlugo nie widziane smakolyki jak pierogi ruskie czy barszcz. Bardzo szybko minelo kilka godzin i na odchodne dostalismy kilka sajgonek, pierogow i salatki oraz zyczenia pomyslnosci w dalszej podrozy. Po powrocie podzielilismy sie otrzymanymi potrawami a nastepnego dnia postanowilismy wyjechac do nowego z 7 cudow Swiata – zatoki Ha Long.

Podobno z relacji spotkanych wczesniej podroznikow autostop w Wietnamie mial nie dzialac i najlepsza wg nich metoda poruszania mial byc zakup motocykla na polnocy i sprzedaz na poludniu lub odwrotnie. Co prawda przez te kilka dni obejrzelismy pare modeli ale jako kompletni nowicjusze w tego typu pojezdzie zdecydowalismy sprobowac stopa do Zatoki i ocenic jak to na prawde wyglada i w razie czego wrocic i z koniecznosci kupic ten motor i nauczyc sie nim jezdzic.

Piersze godziny nie napawaly optymizmem, bo po wyjechaniu z miasta autobusem i probie zatrzymania jakiegos samochodu co chwile podjezdzali taksowkarze i za nic nie chcieli odpuscic. Nie pomagalo mowienie „no, thank you” i odchodzenie parunastu metrow, bo zaraz podjezdzali i ponownie probowali swoich sil. Dopiero po ponad godzinie odpuscili calkiem i moglismy kontynuowac lapanie i tylko co jakis czas pojezdzal jakis taksowkarz…. w koncu udalo sie zlapac i to bezposrednia podwozke pod sam hotel, wedle naszego zyczenia jeden z najtanszych w miescie. Zostalismy wiec na jedna noc, potem po calym dniu zwiedzania postanowilismy zostac jeszcze 2 dni, wynegocjowalismy wiec jeszcze bardziej cene i zaplacilismy z gory. Kolejnego dnia rano mielismy wyruszyc lodka na jedna z wysp i poplywac wsrod tych

jeden z nowych 7 cudow Swiata – zatoka Halong

dziwnych formacji skalnych wystajacych z wody. Dowiedzielismy sie, ze lodka ma byc ok 1 i powrot o 6. Wynegocjowalismy cene (w Wietnamie trzeba zawsze sie negocjowac, czasami udawalo nam sie zbic cene o 2/3 poczatkowej wartosci) i zadowoleni ruszylismy na jedna z wysp. Po dotarciu na miejsce chcielismy sie upewnic co do miejsca i czasu lodki na lad i tu niespodzianka – ludze mowia, ze lodki dzis nie ma i bedzie jutro o 6 rano najwczesniej. Nie przejelismy sie tym poczatkowo, bo moze ludzie nas zle zrozumieli, abo ich angielski za slaby i zle to ujeli. Zapytalismy wiec kapitana naszej lodzi i tez slabo mowil po angielsku ale zadzwonil do kolezanki i ta dopiero dokladnie wytlumaczyla nam, ze to byla ostatnia lodz tego dnia na ta wyspe i powrot dopiero o 6 nastepnego dnia. A my tylko w krotkich spodenkach i t-shirtach, bo przeciez mialo byc tyko na pare godzin. Na koniec podeszlismy jeszcze do oficerow obslugujacych rejsy statkow i opowiedzielismy nasza historie i tu spotkala nas mila niespodzianka, bo akurat 2 kajuty byly wolne, bo koledzy pojechali na wakacje, wiec nas tam ulokowano. Dostalismy tez zaproszenie na pyszna kolacje i naprawde milo spedzilismy wieczor. Rano gdy obudzilismy sie przed 6 i ruszylismy w strone naszego statku – oficer dyzurny podszedl z nami do kapitana i po wymianie paru zdan oswiadczyl, ze mamy darmowy rejs na lad. Pozegnalismy sie i wsiedlismy na statek i ruszylismy w strone naszego hotelu.

Na miejscu powiedzielismy wlascicielce, ze nie spedzilismy ostatniej nocy w hotelu, bo znalezlismy sie na wyspie bez mozliwosci powrotu. Po zapytaniu czy dostaniemy jakis rabat na kolejna noc otrzymalismy odpowiedz odmowna, wiec postanowilismy wracac na Sylwestra do Hanoi. Tam po wyladowaniu na miejscu po bardzo latwym zlapaniu dwoch podwozek spotkalismy pare Szwajcarow z ktorymi m.in spedzilismy kolacje Wigilijna i dostalismy

impreza Sylwestrowa z couchsurferami

zaproszenie do wspolnego swietowania z innymi uzytkownikami couchsurfingu. W sumie nazbieralo sie kilkanascie osob, zjedlismy kolacje, potem poszlismy na te piwa za 1,5 zl i gdy policja rozgonila impreze przy piwie nasza spora grupa tez gdzies sie rozproszyla i zostalismy ze Szwajcarami, kilkoma Amerykanami i Singapurka.

Wspolnie poszlismy na koncert i wspolne odliczanie przed polnoca, ale oprocz odliczenia ostatnich 30 sekund nie dzialo sie kompletnie nic, zadnego pokazu sztucznych ogni, impreza zakonczyla sie zaraz po polnocy, bo kolejny dzien nie byl dniem wolnym od pracy. My jeszcze poszlismy nad pobliskie jezioro na „after party” i ok 2 wrocilismy do domu.

Kolejnego dnia dochodzilismy do siebie po imprezie, a nastepnego dnia ruszylismy na poludnie…

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Wietnam i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s