Chiny 2

Przekroczenie tej granicy bylo banalnie proste i obylo sie bez szczegolowego sprawdzania kazdej kieszonki w naszych plecakach i wyjmowania wszystkich rzeczy, przegladania zdjec w aparcie i wlaczanie komptea w celu  spradzenia zawartscu dysku. Wrecz przciwnie  – przeslismy tylko przez rentgen, dostalismy pieczatke i chiny po raz drugi welcome to…

Przyjechalismy do hosta, ktory przyjechal z USA uczyc angielskiego. Powiedzial nam, ze w USA kryzys w jego miescie szaleje i zamiast przeprowadzac sie do innego miasta abo stanu zdecydowal sie na wyjazd za granice. Wygral Chiny, bo tu najlatwiej zostac nauczycielem i native speakerom nie stawiaja wygorowanych wymagan. Uczy wiec swojego jezyka, co nie przychodzi mu trudno, ma oplacone mieszkanie, wyzywienie i jeszcze zarabia dobrze, nawet jak na amerykanskie standardy. Szenzen widzielismy przed paroma dniami, wiec tylko odwiedzilismy pare miejsc, jakies targi i wrocilismy na mieszkanie. Kolejnego dnia ruszylismy do Donguguan. Nie planowalismy wczesniej wizyty w tym miescie, ale dostalismy zaproszenie od Kuby z wczesniej wpomnianego bloga guideless.tv. Kontaktowalismy sie w sprawie wiz do Azerbejdzanu, promu do Kazachstanu, wad i zalet odwiedzenia Kirgistanu a gdy odezwalismy sie z Chin po przekroczeniu granicy dostalismy zaproszenie jak bedziemy na poludniu. Ten moment nastapil, wiec odezwalismy sie pare dni wczesniej i zaproszenie zostalo potwierdzone. Skorzystalismy wiec z okazji i byl to chyba najfajnieszy moment z pobytu w Chinach. Dawno tak sie nie usmialismy, jak przy opowiesciach z zycia wzietych o wycieczce statkiem do Norwegii albo o wspinaczce na Kazbegi w Gruzji. Mielismy tez okazje sprobowac dan z kluskami lub ryzem, ktorych jest tyle wariacji, ze jedzac codziennie inna opcje – pare miesiecy by zajelo sprobowanie wszystkich. Pomieszkalismy u niego wiec 3 dni, po czym ruszylismy dalej. Kolejna miejscowoscia mialo byc Yang Shou slynace z niesamowitych formacji skalnych. Po dosc dlugim marszu na dogodne miejsce do lapania stopa i olaniu pracownikow na bramkach zabraniajacych wchodzenia na autostrade, zatrzymalismy kilka samochodow, jednak wszyscy kierowcy pokazywali na mapie, ze jada do nastepnej miejscowosci – Guanzhou. Ktorys kierowca z kolei pokazal na mapie, ze jedzie za miasto, niewiele bo nie wiele ale 3 razy upewnialismy sie na mapie czy jedzie za czy do… i gdy dojechalismy na miejsce i wysadzil nas na dworcu autobusowym rece opadly. Nie bylo szans na wydostanie sie z tego miasta, bo skomplikowana siec atostrad i obwodnic skutczenie to uniemozliwiala. Nie bylo wiec innej opcji jak wziac ten autobus i dojechac do samego Yuan Shou. Tak tez zrobilismy i tu kolejne zaskoczenie, bo wiekszosc autobusow na dluzszych trasach (czyli naszym zdaniem od 200 km wzwyz) ma przewaznie miejsca lezace.

Kuba, Mariusz i 100 roznych wersji makaronu

Upchane lozka pietrowe w 3 rzedach moze dla malych Chinczykow sa wygodniejsze niz siedzenia, ale nam daly w kosc i uprzykrzyly podroz. Nie bylo szans, zebysmy lezeli normalnie, wiec albo nogi musialy byc obok albo pozycja byla pollezoco-siedzaca.

Po dojechaniu na miejsce wieczorem zastal nas najpiekniejszy widok z chin, jak do tej pory(niestety z przyczyn paranormalnych zdjecia z tej i dalszych czesci Chin zniknely bezpowrotnie gdzies….). Fajnie oswietlone formacje skalne, wystajace nieregularnie z ziemi i otoczone mgla tworzyly mistyczny obraz. Znalezlismy tani noceg, a wlasciwie nocleg znalazl nas, bo weszlismy do sklepu z nieodlaczna karteczka z pytaniami o tani noceg, ile to kosztuje i gdzie mozna dobrze zjesc… Akurat robil tam zakupy wlasciciel i po krotkich

takie m.in zdjecia stracilismy, tu Yuan Shou

negocjacjach wzielismy wstepnie na 1 noc. Po calym dniu chodzenia i podziwiania tych dziwnych tworow wrocilismy do hotelu i przy okazji postanowilismy zostac na kolejna noc. Rano jeszcze bardziej wynegocjowalismy cene a przy okacji porozmawialismy z wlascicielem dzieki pomocy google tlumacza. Gdy powiedzielismy (napisalismy) mu, ze w polsce minimalna placa wynosi 1500 zl z srednia krajowa 3500 to stwierdzil tylko – malo.

Przed nami kolejne miasto – Yuang Yang i piekne tarasy pol ryzowych i znowu nie obylo sie bez niespodzianki. Wyjechalismy z miasto dosc sprawnie, kolejny stop okazal sie dosc dlugi bo mialo byc z polowe drogi. Jeszcze kierowca po drodze zobaczyl lazace przy drodze czciny cukrowe, wiec wzial jedna i na stacji benzynowej po zatrzymaniu ladnie oporzadzi. Umyl, obral zebami i pokazal jak mamy to jesc. Sama trzcina smakowala dobrze, dziwny byl jedynie moment wgryzania sie w nia i odrywania kawalka drzewa do wyssania slodkiego soku. Aga pierwsza zrezygnowala ale reszta jadla do konca. Po tej krotkiej przerwie kontynuowalismy podroz az do bramek na autostradzie. Kierowca pokzal, ze jego miasto jest juz niedalego i podrzuci nas na bramki. Przystalismy na to i poszedl z nami wytlumaczyl cos pracownikom i gdy pozegnalismy sie z nim i chcielismy kontynuowac lapanie, bo dnia bylo nie za duzo – zostalismy zaproszeni do kanciapy pracownicy wydajacej biety, ktora mowila troszeczke po angielsku. Powiedziala, ze bedzie sprawdzala numery rejestracyjne i jezeli ktos bedzie z prowincji Yunan to zapyta go czy bedzie mogl nas podwiesc. Zapytala paru kierowcow, ale nikt tam poodobno nie jechal, a ze zrobilo sie ciemno to zapytalismy o mozliwosc rozbicia namiotu na noc i kontynuwania rano. To jednak nie bylo takie proste, bo autostrada otoczona jakimis krzakami z jednej strony i urwiskiem z drugiej. Jedyne plaskie miejse bylo na terenie budynkow administracji autostrady, ale szefowa byla na wyjezdzie i nie mozna sie bylo do niej dodzwonic zeby zapytac o zgode. Po dobrych kilku godzinach, tak okolo ze 4 i kolo polnocy nadal siedzielismy i czekalismy nie wiedzac co z nami bedzie. Byly jakies wzmanki o autobusie, ale gdy powiedzielismy ze nie mamy pieniedzy na autobus pracownicy zaproponowali zaplate z wlasnej kieszeni. W koncu przyjechal autobus, a zgody na robicie namiotu nadal nie mielismy wiec wzieismy go i pojechalismy w strone pol ryzowych, ale wciaz 200 km od nich.

Na miejsce dojechalismy nad ranem, wiec po posilku ruszylismy dalej aby jak najszybciej dotrzec na miejce. Szlo w miare dobrze, az do jednego miasta. Zapytalismy kilku ludzi o droge do Yuan Yang a gdy oni pokazywali nam stacje autobusowa to my pokazywalismy ze autobusu nie chcemy, tylko bedziemy szli na piechote. Wskazali wiec droge, 2 nawet narysowalo mapy, (ktore sie nie pokrywaly) a po godzinie marszu wstapilismy do hotelu aby zobaczyc na google map jak ta sytuacja wyglada. Pani na recepcji, ktora uzyczyla komputera i ktora z googe tlumacza dowiedziala sie, ze chcemy zlapac jakis samochod jadacy w tamta strone – postanowila zawesc nas taksowka na stacje autobusowa, kupic po ice tea i po bilecie do yuan yang. Zmeczeni marszem bez celu i wrociwszy do punktu wyjsca nie odmawialismy, tylko wzielismy te bilety, podziekowali serdecznie i pomachali na pozegnanie. Kierowca wyrzucil nas na miejscu, ale ceny paru hoteli w ktorych pytalismy byly zbyt wygorowane wiec przeszlismy sie po miescie w poszukiwania miesjca na namiot. Znalezlismy spory kawalek z kilkoma domami przyleglymi do tej posesji. Przeszlismy sie do nich i zapytali o mozliwosc rozbicia namiotu, pierszy sie nie zgodzil, drugi tez nie, i trzeci, ale czwarty tak. Pokazal gdzie mozemy postawic nasz domek, co tez uczynilismy. Potem

takie m.in zdjecia stracilismy, tu Yuan Yang

poszlismy na kolacje, podziwialismy jakis wystep tancow ludowych lub cos w tym stylu i po powrocie do namiotu i ukladaniu sie do spania – przywital nas patrol policji. Zaden z policjantow nie mowil po angielsku, wiec zadzwonili do jakiejs kolezanki, ktora probowala nas przekonac ze tu jest nie bezpiecznie i ze zabiora nas na posterunek policji i tam bedziemy mogli sie rozbic na pare dni. Czemuz by nie pomyslelismy, nie trzeba bedzie skladac namiotu w dzien i bedziemy mogli zostawiac tam wszystkie rzeczy oprocz dokumentow i wartosciowych przedmiotow. I tak mieszkalismy na policji przez 3 dni i chodziismy codziennie podziwiac piekne widoki odbijajacego sie nieba w tarasach pol ryzowych. Codziennie w nowe miesjce a kazde bylo inne i ciekawe.

Po tych paru dniach postanowilismy wyruszyc w strone Wietnamu i tu znowu po zapytaniu kilku miejscowych pokazywali rozne kierunki. Wybralismy wiec ten, gdzie podczas jednej z wedrowek poprzedniego dnia byl znak na wieksze miasto w naszym kierunku. Potem okazalo sie, ze mozna bylo szybciej ale nie spotkalibysmy tylu interesujacych osob, jak np. Pierwszy kierowca w chinach, ktory chcial od nas pieniadze za podwozke, kobieta ktora skorzystala z przerwy w pracy i podrzucila nas kikadziesiat kilometrow na wieksza  droge i na koncu mlody student, ktory nadlozyl ponad 100 km w jedna strone i na koniec dal nam ok 50 zl.

Dojechalismy wieczorem, wiec granica byla juz zaknieta, wiec chcielismy znalezc jakis tani hostel. Blakajac sie po miescie i pytajac ludzi trafilismy na Yin, ktora sama do nas podeszla a potem pomogla znalez hostel i zaprosila na dziwna herbate z jakimis kawalkami ryzu… opowiedziala nam, ze pare dni temu spotkala emerytowanych Niemcow, ktorzy nie lubia zimy w Europie i zamiast placic ogrzewanie w domu – wyjezdzaja do azji i tam podrozuja te kilka miesiecy jako back pakerzy, czyli po taniosci. Niewiele drozej wychodzi a ile przygod w tym czasie zaznaja…

Kolejnego dnia rano wymeldowalismy sie i ruszylismy na granice i do koejnego panstwa, ktore niespodziewanie wskoczylo do nasego TOP5.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Chiny. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s