Azerbejdżan cz.1

Zaraz za przejściem granicznym stanęliśmy w oczekiwaniu na podwózkę i przez około godzinę musieliśmy powiedzieć kilkadziesiąt razy NIE różnej maści kierowcom taksówek, busów, autobusów i wymieniaczom waluty. Śmiali się  głośno w twarz, gdy mówiliśmy, że my chcemy tylko i wyłącznie BEZPLATNO. Gdy po raz kolejny podeszło do nas 2 mężczyzn od razu odmówiliśmy gdy zaczęli rozmowę, potem wrócili po kilkunastu minutach i zaczęli jeszcze raz i wtedy usłyszeliśmy jakiś inny akcent od wszystkich pozostałych. Okazali się Turkami, nie inaczej, którzy jadą w stronę Baku i pytali czy nie chcemy się zabrać z nimi. W takich chwilach tęsknimy za Turcją jeszcze bardziej, bo tam nie my łapaliśmy stopa, tylko niejednokrotnie stop łapał nas.

Kierowcą był młody duchem ale całkiem już siwy mieszkaniec Trabzonu. Lepiej władał niemieckim niż angielskim, co było zupełnie odwrotne niż u nas, ale jakoś nie zabrakło tematów do rozmowy praktycznie przez całą noc. W trasie zatrzymywaliśmy się parę razy na obowiązkowy czaj, a około 6 rano gdy dojechaliśmy na przedmieścia Baku zrobił jeszcze pyszną jajecznicę popijaną herbatą i my pojechaliśmy do centrum a on na parking czekać na rozładunek.

Miasto zaskoczyło nas swoim bogactwem, przepychem i luksusem. Tyle luksusowych samochodów widzieliśmy chyba ostatnio w Monako. Potem okazało się, że w Baku auto jest odpowiednikiem polskiego mieszkania. Głowa rodziny, czyli ojciec zaciąga kredyt na niejednokrotnie na 30 lat, żeby kupić sobie najnowszy model i pokazać się nim na mieście a potem cała rodzina musi pracować, żeby go spłacić.

Kolejną ciekawą ciekawostką okazała się tamtejsza policja, której chyba jak wszędzie nikt nie lubi, ale tam to już szczególnie. Oficjalnym samochodem drogówki były BMW a ze wszystkich policjantów, których widzieliśmy przez cały pobyt – tylko jeden nie był gruby. Podobno jak tam zatrzyma policja to najniższy mandat zaczyna się od 100 dolarów a jak faktycznie było jakieś przewinienie to lepiej nie mówić…

W stolicy spędziliśmy kilka dni w czasie których napatrzyliśmy się na to całe bogactwo, zaaplikowaliśmy o wizę i spróbowaliśmy z hostem paru lokalnych potraw i sziszy na mieście. Potem w oczekiwaniu na wizę ruszyliśmy w głąb kraju. Jakież było nasze zdziwienie, gdy po wyjechaniu ze stolicy cały czar prysł. Tylko stolica wygląda pięknie i bogato, bo już parędziesiąt kilometrów dalej najlepszym samochodem w mieście była Łada Samara dużo starsza od nas. Wygląd tych miast i miasteczek nie przypominał ani trochę tego co widzieliśmy parę godzin wcześniej. Potem było tylko gorzej…

Jako pierwsza na naszej trasie była Durca, mała mieścina z fajnymi górami. Pochodziliśmy trochę po górach, rozbiliśmy namiot na lokalnym markecie, który nie działał poza sezonem a na kolację mieliśmy pysze, własnoręcznie zbierane kasztany.

Następnego dnia już siedzieliśmy w namiocie gdy podeszło 3 młodych mężczyzn i gestami zaprosili, żeby iść z nimi, bo w namiocie podobno niebezpiecznie. Stwierdziliśmy, że czemu nie i ruszyliśmy za nimi. Na miejscu zastaliśmy lokalny sklep z grupą mężczyzn z piwem w ręku a po kilkuset metrach dalej był nasz dom na dzisiejszą noc. Nieplanowanymi gospodarzami okazała się rodzina Azerska, w której niewielkich izbach mieszkały 3 pokolenia pod jednym dachem. Senior rodu mówił jedynie po rosyjsku, więc to z nim trwała rozmowa przez cały wieczór a on tłumaczył dalej. Po pysznym posiłku z baraniny zakrapianym azerską wódką zaczęliśmy oglądać wesele sąsiada. Tak smutnej panny młodej jeszcze nigdy nie widzieliśmy  Przez całe półtorej godziny filmu tylko raz pojawił się blady uśmiech na jej twarzy. Po projekcji z dalszej części rozmowy wynikło, że małżeństwa w Azerbejdzanie nadal są aranżowane przez rodziców i że panna młoda musi być smutna na swoim weselu, bo opuszcza swoją rodzinę i wchodzi do zupełnie nowej. Jaka była rzeczywista przyczyna smutku tej dziewczyny z filmu chyba nigdy się nie dowiemy.

Wkrótce zmęczenie dało się we znaki, więc ruszyliśmy na przygotowane dla nas miękkie posłanie a następnego dnia rano pożegnaliśmy się, wymienili adresami (normalnymi, domowymi, bo internetu tam jeszcze długo nie uświadczy) i ruszyliśmy do kolejnej miejscowości Gabali.

Tam podeszliśmy do grupy miejscowych z pytaniem gdzie można się rozbić namiotem, po czym mieliśmy zaproszenie po raz kolejny do domu. Na miejscu zastaliśmy duży plac budowy kurortu narciarskiego z jednej strony i piękne widoki  z drugiej. Pochodziliśmy trochę po okolicy, a gdy wróciliśmy do punktu wyjścia i wciąż było dużo czasu do zachodu słońca ruszyliśmy na plac budowy, a dokładnie na jego szczyt. Na górze byliśmy jedynymi i pierwszymi turystami w tym przyszłym kurorcie. Zjechaliśmy na dół na stopa i ruszyliśmy do dzisiejszego hosta. Tam wywiązała się już mała imprezka, bo przyszło kilku znajomych z wódką i zakąską. My też dostaliśmy zaproszenie, więc nie omieszkaliśmy skorzystać. Chłopaki się zwinęli ale wódki i zakąski jeszcze zostało sporo, więc kontynuowaliśmy we 3. Tak przez kilka godzin po czym następnego dnia dopadł nas kac (męską część naszej grupy nawet kac gigant)…

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Azerbejdżan, Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s