Turcja cz. 1

Wyjechaliśmy z Bułgarii, ale dzień się jeszcze nie skończył. Wręcz przeciwnie – najlepsze przygody było dopiero przed nami. Wjeżdżając na przejście nie pomyśleliśmy, że nie mają tu żadnego bankomatu, żeby wybrać pieniądze na wizę. Pogranicznik polecił kolegę taksówkarza, który za nas założy a potem pojedziemy do najbliższego miasta jego taksówką i oddamy mu za wizę i kurs. Jednak cennik przejazdu do miasta był wyższy od ceny wizy i łącznie zamiast 30 euro za wizy mieliśmy zapłacić 100. Gdy nasz kierowca się o tym dowiedział postanowił za nas założyć z własnej kieszeni i nie doliczać za kurs.

Gdy dojechaliśmy do najbliższej miasta w Turcji i zatrzymaliśmy się przy pierwszym bankomacie – ten jak na złość nie chciał nam wydać pieniędzy.  Pojechaliśmy do drugiego banku i tam się na szczęście udało. Ale nerwy były zarówno u nas jak i u kierowcy. Na koniec jednak pożegnaliśmy się z uśmiechami na twarzach i na odchodne dostaliśmy regionalne danie, które jak potem się okazało nazywało się burek i które jedliśmy wiele razy w wielu różnych wersjach.

Szalony dzień trwał nadal i po chwili z kciukiem w górze zatrzymał się prawdziwy oldtimer a w nim 2 kierowców. Jechali akurat przez Istambuł, wiec wsiedliśmy i ruszyliśmy. Już po paru minutach zatrzymaliśmy się i kierowca zarządził „foto time”. Wiec jak nigdy nic na głównej drodze zatrzymał samochód, wysiedliśmy i robiliśmy zdjęcia. Taka sytuacja powtórzyła się jeszcze 2 razy w tym raz na autostradzie.

Kierowca tryskał energią, śpiewał przez drogę i dusił ile fabryka dała z tego bez mała 50 letniego autka, aż to w końcu zaczęło odmawiać posłuszeństwa. Pierwsza awaria była ok 100 km od naszego Istambułu. Wysiedli z kolegą, coś ponaprawiali, poodkręcali i postukali i ruszył dalej. Ale po chwili kolejna awaria i kolejna, potem już akumulator się rozładował i musieliśmy go pchać na autostradzie, żeby odpalił. Jakieś 20 km przed Stambułem zaczął psuć się już co kilkaset metrów i co kilkaset metrów musieliśmy go pchać żeby odpalił. Koło 12 w nocy stwierdziliśmy, że już i tak dziś nie ma sensu jechać do miasta, bo będzie za późno na wizytę w domu hosta. Rozbiliśmy więc namiot na obrzeżach tego 14 milionowego miasta i następnego dnia z autostrady mieliśmy podwózkę do stacji metra.

Jak się okazało po spotkaniu z hostem czekał na nas do 2 i wysłał kilka wiadomości, ale tego nie mogliśmy sprawdzić. Wiec spotkanie zostało przesunięte o 1 dzień, ale przez te kilka dni okryliśmy w Emrahu najlepszego hosta, kolegę i może przyjaciela. Zajął się nami przez całe 5 dni pobytu jak byśmy byli jego rodziną. Woził nas do miasta, przedstawił nas rodzicom, siostrze, kolegom a na koniec okazało się jeszcze, ze jedzie w naszym kierunku czyli do Izmiru i nas podwiezie na miejsce.

Całą noc spędziliśmy na pogawędkach o życiu, świecie, religii i wielu innych rzeczach aż dojechaliśmy do Izmiru i na miejscu poczuliśmy tą nieprzespaną noc na własnej skórze. Miasto było znane mi wcześniej z Erasmusa i fajnie było odkrywać na nowo znane miejsca. Ale po kilku godzinach spacerów potrzebowaliśmy chwili relaksu, wiec poszliśmy do jakiegoś parku, położyliśmy się na trawie i na chwile zasnęliśmy oboje. Te kilka(naście/dziesiąt) minut pomogło bardzo i z nową energią ruszyliśmy w dalszą trasę.

Wieczorem mieliśmy się spotkać z naszym hostem wstępnie o 8, ale napisał SMS, ze ma w tym dniu wesele kolegi o którym kompletnie zapomniał i będzie o 10.30. Spotkaliśmy się na stacji metra, z której ruszyliśmy do jego mieszkania. Na miejscu wyjaśnił znaczenie imiona Aga w Turcji i okazało się, ze jest to bogaty władca wsi, ale Aga nie wie której wsi jest władcą i gdzie są pieniądze.

Rano poprawiliśmy zwiedzanie w mniejszym stopniu i kolejną noc spędziliśmy z następnym kolegą niewidzianym od ponad 3 lat. Zaprosił nas do restauracji ale z powodów pracy nie mógł balować przez całą noc jak jeszcze kilka lat wcześniej  wiec po paru godzinach miłych rozmów o niczym innym jak zajebistych Erasmusowych czasach pożegnaliśmy się i wróciliśmy na mieszkanie.

Następnego dnia wyruszyliśmy w dalsza drogę  tym razem do Efezu. Na miejsce dojechaliśmy dość szybko a po zobaczeniu starożytnego miasta postanowiliśmy jechać dalej – do Denizli i pobliskiego Pamukkale. Do środka zaprosił nas kierowca TIRa, który aktualnie miał już 3 innych pasażerów, wiec jechaliśmy łącznie w szóstkę w jednej małej ciasnej kabinie. Jeden z tureckich pasażerów był bardzo komunikatywny i cały czas starał się nam coś powiedzieć  ale mimo, że powtarzał to kilka razy, drukowanymi literami i bardzo wolno to za cholerę nie wiedzieliśmy o co mu chodzi.

Cały następny dzień spędziliśmy  w cudzie natury zwanym Pammukale i wieczorem wróciliśmy do hosta. Kolejny dzień i kolejny cel – Bodrum. Pobiliśmy chyba rekord czekania, bo po 2 godzinach nadal byliśmy w tym samym miejscu. I mimo, że pracownik okolicznej stacji benzynowej przyniósł nam mnóstwo małych herbat na pocieszenie byliśmy zmuszeni zmienić miejsce. Ale tam nasza sytuacja się odwróciła o 180 stopni, czekaliśmy może 2 minuty a kierowca odwiózł nas praktycznie pod dom hosta, czyli ponad 400 km. Wiec tym sposobem wieczorem dotarliśmy na miejsce. Po kolacji z sardynek i rozmowach przy piwku na balkonie poszliśmy spać i następnego dnia rano pojechaliśmy do Bodrum na zwiedzanie miasta. Wróciliśmy wieczorem i popływaliśmy w basenie, żeby zgłodnieć przed kolacją.

Następnego dnia zaczęliśmy podróż do Agi cioci mieszkającej w Turcji od paru lat. Szybko złapaliśmy kierowcę, potem następnego i jeszcze jednego aż dotarliśmy do celu. Na miejscu odebrała nas ciocia i zaprosiła na kolację. Rano pojechaliśmy na zwiedzanie okolicznych atrakcji turystycznych, jak ruiny miasta Klos lub kilkukilometrowej długości wąwóz wśród wysokich skał. Kolejny dzień to całodniowy rejs po okolicznych morzach i zatokach, po którym wróciliśmy do całkowicie pustego domu do naszej dyspozycji przez kilka dni. Odpoczywaliśmy i pływaliśmy na zmianę, jeszcze w między czasie odwiedziliśmy okoliczne Fethie i tak przez 5 dni. Gdy już odpoczywanie się nam znudziło wyruszyliśmy dalej w kierunku Antalii .

Zamiast szybkiej autostrady wybraliśmy mniejsze drogi wzdłuż wybrzeża i nie żałowaliśmy ani chwili tej decyzji, ale przez to nie dotarliśmy do Antalyi ale do Olympos, małego miasteczka z hostelami, restauracjami i paroma sklepami położonego w pięknej okolicy.  Zwiedziliśmy kolejne ruiny i wieczorem szukaliśmy jakiegoś miejsca na namiot. Oficjalnie na plaży rozbić się nie można, ale okoliczny właściciel restauracji doradził miejsce gdzie jest to możliwe i tam też poszliśmy.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Turcja cz. 1

  1. Mateusz pisze:

    ” ale Aga nie wie której wsi jest władcą i gdzie są pieniądze…” hahahah, no mistrz tekst 😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s