tydzień 15 – ostatni

Następnego dnia pojechaliśmy jeszcze na piękne plaże, na których spędziliśmy pół dnia. Wracając wstąpiliśmy do sklepu po produkty na obiad i potem gospodarz odwiózł nas na wylotówkę w stronę kolejnej miejscowości – Albufeiry. Tam dość szybko złapaliśmy podwózkę bezpośrednio na miejsce.  Zostawiliśmy bagaże i ruszyliśmy na zwiedzania kolejnego miasta nocą. Potem pojechaliśmy na zakupy przekąsek i piwka na wieczór. Rano gospodarz miał kilka spraw do załatwienia, więc zostawił nas w mieście i mieliśmy się spotkać o 13 na obiad. Po zwiedzeniu okolic Starego miasta i plaży odezwaliśmy się do Miguela. Ten przyjechał po nas i zaproponował tradycyjne danie z tego regionu. Potem odstawił nas nad ocean i ponownie mieliśmy się odezwać wieczorem lub jak nam się znudzi zwiedzanie. Wieczorem Miguel, który był właścicielem firmy transportowej miał tego wieczoru kurs do Lizbony, czyli naszej następnej miejscowości. Gdy dojechaliśmy na miejsce ogarnęło nas takie dziwne uczucie, że niedawno tu byliśmy i mieszkaliśmy przez 3 miesiące. Ten sam dworzec, to samo metro, ten most, te ulice…. Do Marty naszej gospodyni kolejnej z Polski, dotarliśmy późnym wieczorem, a że była studentką medycyny i następnego dnia miała zajęcia – nie spędziliśmy zbyt dużo czasu na pogaduchach. Kolejny dzień przywitał nas deszczem od samego rana i do samego wieczora. Pogoda się zepsuła na tyle, że nie można było czerpać przyjemności z odwiedzanych miast, wiec następnego dnia postanowiliśmy wracać do Polski. Po pożegnaniu pojechaliśmy na zakupy przed długą podrożą do dużo zimniejszych regionów Europy. Pojechaliśmy do outletu koło naszego dawnego mieszkania a potem kierując się w kierunku centrum wstąpiliśmy do japońskiej restauracji z sushi i innymi azjatyckimi daniami. Potem jeszcze pojechaliśmy spotkać się z dobrym znajomym, którego poznaliśmy na Erasmusie. Po godzinie on musiał wracać do pracy a my do domu. Podjechaliśmy więc autobusem na lotnisko, potem na stacje podeszliśmy piechotą i po chwili dwóch piłkarzy drugoligowej drużyny zgodziło się nas podrzucić spory kawałek. Gdy na miejscu wysiadaliśmy i żegnaliśmy się z nimi zażartowałem, że może ten kamper na brytyjskich numerach weźmie nas do Francji. Podeszliśmy i okazało się, że prowadzi go Australijczyk, który przyjechał zwiedzać Europę. Kupił kampera przed kilkoma miesiącami i tak tłucze się od miasta do miasta bez konkretnego planu. Ale i jego pogoda powoli zaczyna denerwować, więc wraca do UK na zimę, popracować chwile i potem kontynuować podróż. Jednak tego dnia nie planował jechać zbyt daleko, wiec zostawił nas na ostatniej stacji. Tam zacząłem pytać po angielsku kierowcę tira czy jedzie na północ, bo wracamy z kilkumiesięcznego Eurotripa do Polski. On na to, że mówi po polsku i pracuje w Irlandii od 10 lat. Zgodził się nas podrzucić, ale za 4 godziny musiał stanąć na pauzę, wiec jak coś to zatrzyma się na pauzę a my popytamy po stacji czy nie jedzie ktoś dalej. Okazało się, że dobrą stację minął, a nie chciał ryzykować przekroczenia czas pracy, wiec zatrzymaliśmy się na kompletnym zadupiu. Nikogo tam nie było, nawet stacja była zamknięta, a że jechał dopiero na załadunek, wiec zaproponował, że możemy rozbić namiot na pace w chłodni. Z braku innych opcji zgodziliśmy się i następnego dnia zawołał nas na ciepłą herbatę i kanapki. Podjechaliśmy z nim jeszcze parę godzin i potem na stacji wysiedliśmy a za 2 minuty mieliśmy kolejny transport, tym razem z rodowitym Irlandczykiem, który też jechał z południa Portugalii do domu w Irlandii. Trochę się zgubiliśmy , bo kierowca jechał za wskazówkami GPS i chwile zajęło żeby trafić na właściwa drogę, ale w końcu się udało. Mieliśmy 2 propozycje – wysiąść przed Bordeaux lub jechać z nim wzdłuż zachodniego wybrzeża. Uznaliśmy, ze lepiej przed Bordeaux i to samo Bordeaux, co kilka miesięcy temu było trochę łaskawsze. Podwózkę kilkuset kilometrowa znaleźliśmy po ok godzinie przed Orlean i kolejny, chyba 4 już raz jechaliśmy tą sama trasa. Kierowca okazał się śmieszny francuz, który nie umiał ani słowa po angielsku, ale za to umiał kilka po polsku. Miał kiedyś dziewczynę Polkę i nauczył się paru słówek. Śmiesznie i szybko minęła droga i po północy wylądowaliśmy na kolejnej stacji. Tu postanowiliśmy zacząć łapać stopa również w nocy. Widzieliśmy kierowców a kierowcy nas, bo byliśmy na oświetlonej stacji i tym sposobem po parunastu minutach dorwaliśmy Niemca, który montuje aktualnie jakąś maszynę w Hiszpanii i wracał do domu w Niemczech. Dość szybko znaleźliśmy się na granicy koło Aachen i było to już nad ranem. Tu pierwszy szok, bo koło Bordeaux było 30 stopni a gdy wysiedliśmy z samochodu było na pewno minus parę, sądząc po oszronionych szybach. Ale nie wychodziliśmy na zewnątrz tylko na stacji pytaliśmy kierowców czy nie jada na wschód. Po godzinie trafił się jeden belg, który mieszka koło Liege, ale ma domek letniskowy w Karlowych Varach w Czechach. Podwiózł wiec nas praktycznie przez cale Niemcy i zostawił na stacji przed rozdrożem. Początkowo stacja nie wydawała się rewelacyjna i zastanawialiśmy się przez chwile nad podróżą przez Czechy do Polski, bo kierowca zatrzymał się na obiad. Ale akurat w chwili jego wyjścia z restauracji wsiadaliśmy do samochodu Polaków, którzy pracują w Niemczech i wracali na weekend do rodziny w Polsce. Podwieźli nas na stacje za granicę i tu zaczęły się kolejne schody. Z jednej strony ulga, że wszyscy rozumieją to, co do nich mówisz, ale z drugiej niewiele osób chciało zabrać dwójkę autostopowiczów, szczególnie, że było już ciemno. W końcu jakiś kierowca tira usłyszał jak pytamy ludzi i sam do nasz podszedł i zaproponował podwózkę koło Katowic. Przyjęliśmy propozycje z wielka chęcią a w kabinie wypiliśmy pierwsze od baaardzo wielu miesięcy polskie piwo i zjedli polską kiełbasę. Na stacji koło Katowic również nie było ruchu, ponieważ był 11 listopada i tiry nie mogły jeździć a i dużo ludzi nie było. W końcu trafiła nam się para, która jechała do Krakowa. Zgodzili się podwieźć nas na jakąś stacje benzynową w Krakowie, ale po wyjechaniu za branki z autostrady okazało się ze ostatnia stacje przy autostradzie minęliśmy i lepiej dla nas będzie pojechać na stacje PKP. Tak też zrobiliśmy i w poczekalni podłączyliśmy notebook do przedłużacza koło bankomatu, bo nasz pociąg miał być dopiero za 4 godziny. Złapaliśmy tez Internet, na którym darmowe było tylko strony Oragne i WP, ale na 4 godziny to wystarczyło. W pociągu znaleźliśmy przedział i nad ranem dojechaliśmy do Jarosławia, skąd brat odebrał nas autem i zawiózł do domu, gdzie niczego nieświadoma mama miała minę szczęśliwie-płaczącą.

Tak skończyła się nasza krótka, ale bardzo pouczająca podróż. Wyostrzył się nam też apetyt na więcej tego typu wycieczek i na pewno na tym nie poprzestaniemy. Wracamy do Polski, przezimować i podbudować budżet. Mamy jednak plany związane z Azją, o której bardzo dużo osób wspominało. Polecamy wszystkim tą formę podróżowania – połączenie autostopu z Couch surfingiem. Odpadają wtedy 2 najdroższe wydatki podczas podróżowania. Jeżeli macie jakieś pytania prosimy o kontakt 🙂

 

KONIECCCCCCCCCCCCCC

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s