tydzień 14

Przeszliśmy przez granice i tam po chwili mieliśmy podwózkę do Tarify – najbardziej wysuniętego na południe punktu Hiszpanii. Stamtąd było jeszcze bliżej do Afryki i była jeszcze wyraźniejsza. Było widać nawet budynki nad brzegiem. Kusiło nas postawić nogę na innym kontynencie, ale w końcu postanowiliśmy pojechać tam innym razem. Szczególnie, że nie widzieliśmy dużo ciężarówek, z którymi moglibyśmy przepłynąć. Podczas spaceru plażą, która była stolicą kite surfingu spotkaliśmy znajomych Włochów z Gibraltaru i zaprosili nas do Sevilli, gdzie aktualnie przebywają na Erasmusie. Z chęcią zaproszenie przyjęliśmy, wiec wymieniliśmy się numerami i ruszyliśmy dalej. Do Cadiz udało nam się dotrzeć w miarę sprawnie i naszymi gospodarzami tym razem byli Polacy. Wieczór spędziliśmy w milej atmosferze przy butelce wina. Następny dzień cały czas zwiedzaliśmy miasto a w porcie dostrzegłem polska rejestracje, bo 2 dni wcześniej okazało się, ze polski kierowca poznany wcześniej zmienił plany i już był w Holandii. Podeszliśmy do kierowcy żeby zapytać czy nie wie o jakimś dużym parkingu w tym rejonie, to polecił tylko stacje przy autostradach. Potem poszliśmy jeszcze na miejscowy rynek i jakieś dziwne święto było, na straganach stały postacie ubrane w ciuchy, ale z głowami i kończynami świni.

Gdy wróciliśmy późnym wieczorem do gospodarzy okazało się, że trwają przygotowania do imprezy Halloween-owej. Najpierw szli do mieszkania Erasmuski, gdzie miało być więcej studentów a potem w planach była jeszcze dyskoteka. Aga była zbyt zmęczona po całym dniu, żeby jeszcze imprezować, ale ja nie odmówiłem. Przebrałem się w oryginalny strój turysty autostopowicza i ruszyliśmy na miejsce. Tam było może z 30 ludzi i kolejna popularna gra pijacka o podobnych zasadach do tej w Zaragozie. Potem na dyskotece było zbyt tłoczno, żeby normalnie się bawić, więc ja postanowiłem wracać. Następnego dnia trzeba było ruszać do Sevilli. Podobnie jak w przypadku Lyon do 3 razy sztuka i tym razem okazało się to prawdziwe. Tym razem dotarliśmy tam bez większego problemu, tzn. 2 stopami. Na miejscu poszliśmy do McDonalda, żeby znaleźć trasę do domu gospodarza.

Kolejny dzień z początku był nawet niezły, ciekawa architektura i taka sobie pogoda, ale już po południu ta pogoda zmieniła się całkowicie. Zaczęło padać a czasami zaczęło lać jak z cebra. Jedna z takich ulew złapała nas na moście, gdzie nie było, pod czym się schować, więc pozostało nam tylko podbiec trochę, ale i tak w butach mieliśmy już kałuże. Wieczorem my przygotowaliśmy kolacje i następnego dnia postanowiliśmy zostawić nieprzyjemna dla autostopowiczów Hiszpanie i pojechać do Portugalii. Wydostanie było dość łatwe, bo po 10 minutach mieliśmy podwózkę przynajmniej z polowe drogi go granicy. Potem tez poszło dość łatwo i tym sposobem znaleźliśmy się w Faro. Miasto samo w sobie bez rewelacji, ale nasz gospodarz był całkowitym przeciwieństwem. Kontroler lotów z zawodu, ale bardzo inteligentny i świetny mówca oraz fan sportu. Opowiadał historie z życia jak był w Czechosłowacji, w Polsce i w Niemczech, jak codziennie uprawia jakiś sport i powiedział, że na jutro może załatwić nam 2 rowery, żeby zwiedzić okolice. Pojechaliśmy wiec w stronę lotniska i mieliśmy jechać dalej, ale złapał nas mały deszcz a chmury na horyzoncie nie zapowiadały nic dobrego. Wróciliśmy wiec do domu i przez resztę dnia zrobiliśmy sobie day off.

Rano się pożegnaliśmy i ruszyliśmy do kolejnej miejscowości- Lagos. Włączyły nam się wspomnienia, bo ok 1,5 roku wcześniej byliśmy tu w trakcie pobytu na Erasmusie w Lizbonie. Ale już pogoda mimo, że słoneczna nie była zbyt ciepła, więc spędziliśmy tylko parę godzin w Lagosie i na nocleg pojechaliśmy do hosta w Portimao. Google podało nam zły adres i zaprowadziło nas w całkiem inne miejsce. Tam zapytaliśmy miejscowych o ten adres i powiedział, że jedzie po żone do sklepu i może nas tam podrzucić. Okazało się, że ten adres nawet dla miejscowego jest problemem i nie obyło się bez telefonu do Piedro. Na miejscu gospodarz zaproponował nam zwiedzanie miasta nocą. Poszliśmy do 1 baru z fajnym klimatem, potem pojechaliśmy nawet do miejscowości, obok, która w sezonie słynna jest z imprez, ale w tym czasie okazała się praktycznie pusta. Wróciliśmy wiec do Portimao i tam dołączyliśmy do znajomych Piedra do rokowego baru. Po kolejnych paru piwkach i kilku godzinach postanowiliśmy wracać do domu.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s