tydzień 13

Wskazówki wyjazdu z Zaragozy zaczerpnęliśmy z wiadomej strony, i po przybyciu na miejsce po ok 5 minutach zatrzymaliśmy parę, która wracała z pracy w winnicy koło Bordeaux i jadą w okolice Madrytu. Okazali się bardzo ciekawymi indywiduami. Ona była Litwinką a on Portugalczykiem a spotkali się na obozie dla hipisów, a teraz jeżdżą w sezonie po różnych pracach a potem zarobione pieniądze przeznaczają na podróże.

W Madrycie gospodarzem okazał się freelancer z USA, piszący artykuły dla różnych europejskich i amerykańskich tytułów jak np. Newsweek. Nie czułem się najlepiej, więc nie posiedzieliśmy zbyt długo z gospodarzem. Rano wyruszyliśmy na zwiedzanie – były bardzo ciekawe muzea i galerie, kilka bardzo ciekawych budynków, ale bez rewelacji, jaką była dla nas Barcelona.

Kolejnym celem była Cordoba.

Dojechaliśmy metrem na wskazane miejsce i po pewnych problemach ze zgubieniem włącznie dotarliśmy na stacje benzynową. Deszcz przemoczył nasze buty doszczętnie i tu nasza optymistyczna wizja stopowania w Hiszpanii została kompletnie rozwiana. Czekaliśmy kilka godzin, może ze 4 żeby wydostać się z Madrytu i dotrzeć na jakakolwiek stacje na autostradzie. W końcu udało się –Hindus wywiózł nas z tego miasta i dalej na stacji spędziliśmy może kolejną godzinę na złapanie kolejnego stopa. Kierowcą okazał się Francus, którego kolega ma mieszkanie w Granadzie i jechali z dziewczyną w tamta stronę. Przed rozjazdem w nasza stronę do Cordoby zaczęliśmy szukać jakiejś stacji benzynowej, na której moglibyśmy zostać. Mimo, że stacje były, co ok 10 km i na kilku się zatrzymaliśmy ale nie było widać żadnego śladu życia i postanowili, że zabiorą nas ze sobą do Granady i jeżeli nie znajdziemy tam na dziś noclegu to przenocują nas w mieszkaniu znajomego. Na miejsce dotarliśmy koło 9, więc wysłałem ok 20 zapytań o możliwość noclegu na dzisiejszą noc, ale po godzinie nie było żadnego odzewu, więc zadzwoniliśmy do nich potwierdzić zaproszenie i po chwili ruszyliśmy w tamtą stonę.

Rano zostawiliśmy bagaże w hotelu w samym centrum i ruszyliśmy na górę w stronę zamku. Tam spędziliśmy kilka godzin a potem poszliśmy na 2 stronę miasta z punktem widokowym na spory kawałek miasta i ośnieżone góry Sierra Nevada. Po całym dniu chodzenia – na nocleg poszliśmy do gospodarza już z CS’a  i rozmawialiśmy do 1 w nocy. Rano jego tato zadeklarował się podwieźć nad z miasta na trasę w kierunku Sevilli. Ale i tym razem nasze plany pokrzyżowali kierowcy hiszpańscy, którzy nie chcieli się zatrzymać. Dopiero po 3 godzinach jakiś kierowca TIRa, który mniej więcej mówił po angielsku wytłumaczył żeby napisać nazwę miejscowości oddaloną 10 km i stamtąd będzie łatwiej kogoś złapać. Ten plan zadziałał już po minucie i mieliśmy wywózkę z tego miejsca. Następnymi kierowcami byli kierowcy, którzy jechali do Cordoby i mieli zostawić nas na ostatniej stacji przed ich skrętem, ale taka stacja była ok 40 km przed skrętem, czego nikt się nie spodziewał i musieliśmy jechać z nimi kawałek w kompletnie innym kierunku.  W końcu udało się nam złapać kogoś do Malagi. Nie mieliśmy tego w ogóle w planach, ale nie mieliśmy innej opcji do wyboru. Na miejscu kierowca wysadził nas w centrum, więc złapaliśmy szybko Internet wysłaliśmy do wszystkich CS z Malagi zapytania o nocleg na dziś. Nie było ich dużo, bo tylko 18 osób, w tym Polak, ale po ok 15 minutach dostaliśmy zaproszenie. Na miejscu zastaliśmy również bardzo ciekawe towarzystwo. Studenci o bardzo ciekawych zainteresowaniach. Jeden z nich był żonglerem i w następnym roku wybiera się do polski, dokładnie do Lublina na światowy zjazd żonglerów.

Będąc już w Maladze postanowiliśmy odpuścić Seville i pojechać na południe – na Gibraltar. Z pozoru było to „tylko 130” km, wiec ranek i południe spędziliśmy na zwiedzaniu malagi a po południu ruszyliśmy w stronę Giblartaru. I tu kolejne rozczarowanie autostopem. Na początku było jeszcze OK, 3 wędkarzy podwiozło nas ok 50 km, potem nawet szybko złapaliśmy kolejnego kierowcę, ale on tez jechał tylko 30 km. Potem, gdy nas wysadził na stacji było już ciemno, a wiec nie ryzykowaliśmy stania na ulicy tylko weszliśmy do środka stacji i pytaliśmy kierowców czy jadą w tamtym kierunku. Po kilkudziesięciu bezskutecznych minutach zapytaliśmy czy możemy rozbić się z tylu stacji. Gdy już mieliśmy wychodzić jakiś kierowca podwiózł nas jeszcze ok 10 km, ale ostatecznie wylądowaliśmy na stacji jeszcze mniej uczęszczanej, wiec po poł godziny bez żadnego rezultatu postanowiliśmy zapytać obsługi czy możemy tu rozbić namiot. Zgodziła się, a zapytana gdzie możemy go rozstawić – pokazała na tunel do mycia aut. Powiedziała, że jest nieczynny od 23 do 7 rano. Na szczęście nie było klientów o tak wczesnej porze i dopiero koło 10 złożyliśmy namiot. Po pół godziny doczekaliśmy się 2 Brytyjek, które jechały tez na Gibraltar, skąd jedna z nich miała lot do UK. Dotarłszy na miejsce była kontrola paszportowa, a po przejściu granicy Funt brytyjski, jako waluta. Po krótkim zwiedzaniu miasta postanowiliśmy wyruszyć w stronę gospodarza. Na miejscu okazało się, że jest to miejscowy „król” couch surfingu. Jeżeli ktoś ma dobre referencje, to przyjmuje wszystkich. Czasem nawet nie wie ile ma gościu w domu lub kto przyjeżdża w danym momencie. Powiedział nam, że jutro prawdopodobnie będzie o jednego Bułgara i 5 Włochów więcej. A wieczorem opowiadał o swoich przygodach na Ibizie i w Indiach. Wieczorem mieliśmy iść na imprezę i kompletnie zapomniałem o tym, ze impreza ma być po hiszpańskiej części i dopiero na granicy ocknąłem się, że nie wziąłem naszych paszportów. Jednak gospodarz zapewnił, że wieczorem często chodzi na imprezy i nikt nie sprawdza paszportów W jedną stronę faktycznie tak było. Ale szliśmy z 4 znajomymi i powiedzieli, że w razie czegoś trzymajmy się razem a oni mogą pojechać po paszporty. Jednak impreza okazała się na tyle duża, że się zgubiliśmy i gdy postanowiłem z Agą wrócić do domu ale na granicy w drugą stronę już sprawdzali paszporty. Wytłumaczyłem całą sprawę, ale celnik mimo, że chciał nam pomoc – po prostu nie mógł. Po ok godzinie czekania zjawili się znajomi gospodarza, ale jego tez zgubili. Nie mieli wiec klucza do domu a wiec i sposobności przywiezienia nam paszportów. Po następnej godzinie przyszedł i Nicky. Rano postanowiliśmy pojechać na point Europa, z którego było widać bardzo wyraźnie linie brzegową Afryki. Potem poszliśmy do parku ze słynnymi małpkami. Ciekawie wyglądały walki młodych małpiatek, zabieranie wody i jedzenia turystom przez te nieco starsze i pozowanie z przewodnikami siedząc im na głowie. Po kilku godzinach poszliśmy jeszcze pozwiedzać miasto i wieczorem, gdy wróciliśmy do domu okazało się, że Basko – Bułgar już był na miejscu. Dowiedzieliśmy się, ze jest tutaj, aby złapać na jachto-stopa kogoś na wyspy kanaryjskie a stamtąd za 2 tygodnie ma rejs na Karaiby. Przyjechali tez 4 włosi i jeden Amerykanin z Sevilli i wieczór minął również bardzo szybko i z bardzo dobrą kolacją Włochów (makaronem). Oni poszli na imprezę, my mieliśmy chwilowo dość, dodatkowo rano trzeba było wstać i ruszać dalej w drogę do Cadiz.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s