tydzień 12

Od rana kolejny cel – Andora. Gospodarz mieszkał w stolicy, wiec droga minęła bardzo szybko, szczególnie, że widoki były naprawdę niesamowite. Trudniej było w samym mieście, bo google map nas trochę zmyliło i pierwszy raz się zawiedliśmy na tym serwisie. Pomocne okazały się panie z hotelu, które dały nam mapę i wskazówki do celu. Na miejscu okazało się, że gości nas amerykanka, która wraz z 5 innymi mieszkańcami tego kraju przyjechała do Andory na coś w rodzaju wymiany. Mają uczyć języka angielskiego w szkole podstawowej przez rok, a potem wracają do siebie. Margaret była bardzo fajną i sympatyczną gospodynią i szybko nawiązaliśmy dobry kontakt. Wieczorem kupiliśmy gin i tonic. Nie mają tu akcyzy, więc po alkohol, papierosy i paliwo przyjeżdżają mieszkańcy Francji i Hiszpanii. Wypiliśmy więc prawie cala butelkę na 3 i rano mieliśmy iść w góry. Margaret obudziła się z wielkim kacem i mimo, że wczoraj mieliśmy razem iść w góry już dzisiaj zmieniła zdanie. Po godzinie udało przekonać się ją do dwudniowej wycieczki z nami i noclegiem w górach. Spakowaliśmy się więc, po drodze dokupiliśmy trochę prowiantu jak kiełbaski, chleb i martini i ruszyliśmy dalej. Wspinaczka minęła bardzo szybko, po drodze uczyliśmy się hiszpańskich słówek, bo Margaret włada biegle również tym językiem, a Hiszpania była naszym następnym celem. Na wieczór dotarliśmy do domku, który miał tylko parę metalowych piętrowych lóżek, piec opalany drewnem, siekierę, piłę i kawałek starego pnia na dworze. Sami musieliśmy więc przygotować sobie opał na noc oraz drzewo na ognisko, żeby upiec kiełbaski. Okazało się to bardziej meczące niż myśleliśmy, ponieważ drewno było cholernie twarde, piła była tępa, z siekiery wypadał trzonek i ogólnie było „ciekawie”. Po godzinie poradziliśmy sobie z tym cholerstwem, nie na tyle żeby starczyło na całą noc, ale więcej nam się nie chciało. Przetrzymaliśmy noc spoko a rano po przebudzeniu zastał nas piękny wschód słońca. Została nam więc droga w dół, ale innym szlakiem. Po 3 godzinach byliśmy spowrotem w mieście i Margaret wróciła do domu żeby przygotować się na następny tydzień w szkole a my ruszyliśmy dalej na zwiedzanie.

Na następny dzień zaplanowaliśmy Barcelonę. Wyjazd z Andory okazał się trochę problematyczny, bo mimo, że szliśmy cały czas główną drogą nikt nie chciał się zatrzymać. Ale w końcu wzięła nas para francusko-hiszpańska. Podwieźli nas ok 40 km od Barcelony i korzystając z ich polecenia postanowiliśmy zwiedzić to miasteczko, w którym wysiedliśmy. Gdy dotarliśmy do centrum nie było na horyzoncie żadnego hotelu, gdzie mogłyśmy zostawić bagaże, więc poszliśmy na posterunek policji i trochę na migi, trochę po angielsku wytłumaczyliśmy, o co nam chodzi. Po zwiedzaniu ciekawego miasteczka ruszyliśmy na stacje kolejową i wzięliśmy pociąg do centrum Barcelony. Podobno w Barcelonie, jak to w typowo turystycznych miejscach, jest ciężko z noclegiem z CS. Jednak naszym hostem miał być Marko, Kolumbijczyk spotkany 2 razy podczas podroży. Ze względu na to, ze on do domu miał wrócić po 22 a gdy dojechaliśmy na miejsce było ok 16 postanowiliśmy ruszyć w miasto. Bagaże zostawiliśmy w hotelu i ruszyliśmy jedną z głównych ulic. Do Marco dotarliśmy, po 23, ale jeszcze posiedzieliśmy z godzinę na opowiadaniu, co tam u nas od ostatniego spotkania się zdarzyło. Rano dał nam klucze i ruszyliśmy dalej w drogę. Pierwszym celem było muzeum narodowe, które było nie daleko od mieszkania. Potem skierowaliśmy się na stadion olimpijski z ’92. Potem zwiedziliśmy jeszcze zamek, stare miasto. Wieczorem wymieniliśmy się doświadczeniami po całym dniu a Marco poopowiadał nam ponownie trochę o Kolumbii i jej sąsiadach. Rano wybraliśmy się do słynnej katedry, potem park Gaudiego a na powrót główny deptak, gdzie na każdym kroku spotykaliśmy mimów, sprzedawców kwiatków, latających diod, całą masę drobnych sklepów ze wszystkim i moooooooorze ludzi. Wróciliśmy do Marco a następnego dnia korzystając z rad hitchwiki postanowiliśmy wydostać się za Barcelonę pociągiem. Po półgodzinnym spacerze ze stacji pociągów do stacji benzynowej, która była naszym celem – stopa złapaliśmy po minucie. Niestety jechał tylko do Tarragony a naszym celem była Zaragoza. Poprosiliśmy więc o zostawienie nas na ostatniej stacji przed rozdzieleniem dróg. Na miejscu spotkaliśmy Polaka, którego postanowiliśmy zapytać o jakiś duży parking w Hiszpanii lub Portugalii, pod kątem powrotu w niedługim czasie. On sam powiedział, że za ok 2 tygodnie będzie jechał do Polski mniej więcej z tych rejonów, wiec wzięliśmy numer telefonu i mieliśmy dzwonić za tydzień o szczegóły. Pożegnaliśmy się i zaczęliśmy łapać stopa dalej do naszego miejsca docelowego. Stop taki złapaliśmy po kolejnej minucie do samej Zaragozy. Kierowca podwiózł nas praktycznie na miejsce. Gdy weszliśmy mieszkanie okazało się być studencką oazą, gdzie 4 studentów filozofii wiedzie spokojny żywot pijąc i paląc cały czas.  Dodatkowo na miejscu była 3 Włochów, którzy przylecieli na parę dni. Włosi przygotować kolacje- nie, co innego jak makaron, a potem graliśmy w jedną z pijackich gier. Ogólnie bardzo fajnie minął wieczór i uważam, że był jednym z lepszych w podroży.
Miasto natomiast samo w sobie nie jest rewelacyjne, oprócz katedry, jako najważniejszego zabytku niewiele jest innych ciekawych miejsc.

Ale w następnym mieście może będzie lepiej pod tym względem– kierunek Madryt.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s