tydzień 7

Od rana zaczęliśmy łapanie i nie szło źle, ale 500 km które mieliśmy dziś przejechać wydawały się nie do osiągnięcia. Pierwszy stop pozwolił wydostać nam się z wyspy, 2-gi stop nie był już taki szczęśliwy, bo nie dogadaliśmy się z francuzem po angielsku i po 15 minutach jazdy zjechał z autostrady w swoja stronę a nas zostawił na drodze gdzie samochód pojawiał się raz na 5-10 minut. Po godzinie mieliśmy rezygnować z Paryża, bo w ta stronę praktycznie nikt nie jeździł a większość kierowców jechała w stronę La Rochelle.

Gdy już zrezygnowani mieliśmy wracać, w końcu doczekaliśmy się podwózki i to całkiem sporej. Następna też przyszła dość łatwo i kolejna również. Ta ostatnia okazała się podwózka praktycznie do samego Paryża, ale kolejne niezrozumienie z kierowcą i zamiast zostawić nas na stacji przed Paryżem, żebyśmy rozbili namiot i przeczekali noc to zawiózł nas na przedmieścia Paryża i tu zostawił. W pobliskim Mc Donaldzie złapaliśmy Internet i poszukaliśmy jakiegoś lokum na noc w pobliżu.

Rano pojechaliśmy pociągiem do centrum, zostawiliśmy bagaże w jakimś hotelu i zaczęli zwiedzanie. Dzień w Paryżu minął bardzo szybko i wieczorem udaliśmy się do hosta. Okazał nim się młody właściciel firmy organizującej koncerty i imprezy.

Następnego dnia wypożyczyliśmy rower za 1,70 euro. Jednak trzeba było też zapłacić kaucje 150 euro w razie uszkodzenia lub nie odstawienia na miejsce. Limit na karcie pozwolił na wypożyczenie 1 roweru, wiec we 2 jeździliśmy po całym Paryżu w ten sposób. Luwr zwiedzaliśmy przez dwa dni po kilka godzin i jak się okazało nie wszystko zobaczyliśmy, nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy jak wielkie jest to muzeum. Tak więc muzea, wieża Eiffla i pola elizejskie – tylko na tyle starczyło dnia wiec jutro trzeba było zacząć wcześniej żeby zobaczyć więcej.

Tak też zrobiliśmy, ale Paryż jest za duży na te parę dni i zobaczyliśmy tylko najważniejsze rzeczy a następnego dnia trzeba było jechać dalej. Podsumowując Paryż jest absolutnie cudowny i grzechem jest będąc we Francji nie zwiedzić go. Następnym celem był Lyon… ponownie.

Od rana przyszliśmy na miejsce, które strona hitchwiki poleciła, jako najlepsze. Po dotarciu okazało się, ze mamy już 2 konkurentów wiec rozbiliśmy się miedzy nimi z nasza kartką i zaczęliśmy łapać. Pierwszy autostopowicz złapał transport już po pół godziny. My oraz pozostała para staliśmy przez kolejne 3 godziny, po których oni zrezygnowali i poszli na pociąg a my na chwilę przerwy oraz na drugie śniadanie. Po powrocie pojawili się kolejni autostopowicze i przez kolejne 3 godziny my nie mogliśmy nic złapać natomiast innym albo się udawało, albo się poddawali. Niemniej jednak, rekord oczekiwania został pobity – 6 godzin! Jednak dużym problemem Paryża jest to, że w większości nie mieszkają tam normalni francuzi, tylko „paryżanie”… podobnie chyba to wygląda w naszej stolicy.

W każdym bądź razie w końcu zatrzymała się para, która nie jechała, co prawda do Lyon, ale wzięlibyśmy cokolwiek, żeby wyrwać się z tego miasta… Tak też zrobiliśmy i początkowo chcieliśmy wysiąść na jakiejś stacji za Paryżem, ale po chwili rozmowy z Emily i Rogerem oznajmili nam, iż jadą na 30-tą rocznice ślubu rodziców Emily, do malej miejscowości – Sarlat. Dostaliśmy zatem propozycje zostanie u nich w domu i bardzo pozytywną rekomendacje tej okolicy. Słynie ona z gęsi, orzechów włoskich i trufli oraz domów osadzonych w skałach, pięknych zamków i uroczych rzek.

Nie żałowaliśmy zmiany planów i bardzo podobała nam się okolica. Dwie noce spędziliśmy u nich w domu a na trzecią noc, kiedy miała się odbyć impreza rocznicowa, postanowiliśmy pojechać trochę dalej.

I właśnie w ten wieczór, w trakcie poszukiwania noclegu spotkaliśmy Tomasza, Francuza, który ok 2-3 tygodnie temu kupił używany kajak za 100 euro i podróżuje po rzekach Francji zmierzając do Bordeaux. Na noc przybił do brzegu i rozbił namiot a następnego dnia płynął dalej, bez konkretnego planu. Trochę jak my, ale on nie musi czekać aż ktoś się zatrzyma.

Po południu wróciliśmy do Sarlat, spróbowaliśmy poncz, który został z imprezy a Emily załatwiła nam transport do Lyon. Jej koleżanka akurat była na weekendzie w tej okolicy a wiec mieliśmy transport bez czekania z Sarlat praktycznie pod drzwi hosta w Lyonie. Lepiej być nie mogło. Do 3 razy sztuka i Lyon wieczorem został osiągnięty.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s