tydzień 10

Stanęliśmy na bardzo dobrym, ale trochę w niebezpiecznym miejscu, więc po 10 minutach mieliśmy podróż do centrum Marsylii. Kierowca zostawił nas koło stacji kolejowej, więc w McDonaldzie sprawdziliśmy czy ktoś nas zaprosił i po sprawdzeniu adresu z google map ruszyliśmy w jego kierunku. Tym razem hostem okazał się młody inżynier pracujący na budowach. Jego angielski nie był rewelacyjny a my byliśmy pierwszymi jego gośćmi i nie wiedział do końca jak ma się zachować, jako gospodarz. Wyjaśniliśmy po krótce, że nie ma jednego standardu i niech zachowuje się normalnie. Po chwili dał nam klucze do mieszkania, ponieważ wychodził do kina. Dał nam też wskazówki gdzie warto się wybrać się w tym mieście i podążając tymi radami dotarliśmy nad skalisty brzeg morza, po którym wspinaliśmy się przez parę godzin. Strome klify, lazurowa woda, ciepła morska bryza – wszystko to było wręcz idealne. Potem powoli wracaliśmy przy plaży w kierunku jego mieszkania. Dotarliśmy tam, koło 22 ale go jeszcze nie było.. Po chwili zjawił się i porozmawialiśmy jeszcze chwile a na następny dzień zaplanował zmienić nieco swoje wcześniejsze plany i pojechać z nami do Cassis. Po drodze wstąpiliśmy również na piękne i urwiste klify. Po wypoczynku na plaży w Cassis późnym popołudniem postanowiliśmy wrócić do domu.  Podobnie pomyślała połowa mieszkańców Marsylii i w jedną stronę jechaliśmy pół godziny a z powrotem zajęło to  2,5h!! Nie dość, że cała droga powrotna trwała bardzo długo, to do Marsylii dojechaliśmy na koniec meczu i wtedy okazało się, że kompletnie cale miasto stoi w gigantycznym korku. Filippe znalazł na iphonie mapę z mniejszymi ulicami, żeby to objechać, ale i tak nie trwało to zbyt krótko. Wieczorem zjedliśmy kolacje przy obowiązkowym winku i rano trzeba było opuścić mieszkanie z gospodarzem i udać się do kolejnego zaplanowanego miasta – Avignon.

Wydostanie z Marsylii okazało się horrorem i powtórką z Paryża. Czekaliśmy z 4 godziny zmieniając miejsce po godzinie oczekiwania, ale bez skutku. Zmęczeni psychicznie i fizycznie, postanowiliśmy udać się do sklepu po piwko na rozluźnienie i ochłonąć w cieniu. Po tej przerwie po 5 minutach mieliśmy podwózkę do samego Avignon. Kobieta, która nas podwiozła również zwiedziła w ten sposób pół świata, teraz jej syn to praktykuje i zawsze jak zatrzymuje się dla kogoś, to myśli o tym jak to był by jej syn. W miłej atmosferze dotarliśmy do Avignon i słynnego mostu. Most okazał się niezbyt ciekawy. Odpuściliśmy więc sobie tą atrakcje i ruszyliśmy w miasto. To okazało się bardzo ciekawe samo w sobie, szczególnie stara część ogrodzona murami i ciekawą architekturą. Po kilku godzinach zwiedzania dotarliśmy na jeden z kilku małych ryneczków otoczonych restauracjami i barami i mieliśmy czekać na Hyela. Czekaliśmy ok 20 minut i zadzwoniliśmy gdzie jest. Okazało się, że prawdopodobnie o nas zapomniał i przyszedł po 15 minutach. Również mieszkał w domu studenckim, ale raczej się z nimi nie integrował, bo nawet nie wiedział ile ich dokładnie tam mieszka. Opowiadał o tym, że jest zafascynowany Indiami i za rok, gdy skończy studia pojedzie tam, na co najmniej rok. Następny dzień postanowiliśmy pojechać do Arles. Po drodze praktycznie od każdego z 3 kierowców dostaliśmy polecenia miejsc wartych odwiedzenia w tym regionie. Nawet ostatni z kierowców był kierowcą w agencji nieruchomości i łamaną angielszczyzną zaproponował nam podwózkę za ok 2 godziny do miejscowości, w której mieszkają sami bogaci ludzie i pełno tam willi. Po 2 godzinach zjawiliśmy się na umówione miejsce i nie doczekaliśmy się naszego kierowcy. Pewnie zmieniły mu się plany albo zmienił zdanie, ale postanowiliśmy poprawić zwiedzanie Arles i wieczorem skierowaliśmy się do domu. Dość szybko złapaliśmy 3 kierowców i po parudziesięciu minutach byliśmy na miejscu. Kierowca wysadził nas kawałek od naszego miejsca zamieszkania i do domu dotarliśmy koło 11. Rankiem jeszcze pobiegłem do sklepu po prezent dla gospodarza i jakieś produkty na śniadanie. Postanowiliśmy też odwiedzić małą miejscowość po 2 stronie rzeki z zabytkowym zamkiem. Bagaże zostawiliśmy w jakiejś malej restauracyjce i obiecaliśmy wrócić po nią za 4 godziny. Gdy dotarliśmy na miejsce zamek był zamknięty dla zwiedzających z powodu godzinnej przerwy na lunch. Nie bardzo mieliśmy ochotę czekać godzinne ze względu na dalsza drogę do Nimes. Nikt nie stał na bramie, więc weszliśmy na teren zamku bez informowania kogokolwiek. Po 45 minutowym zwiedzaniu postanowiliśmy wracać i nikt nas nie zatrzymał, więc udało się!

Dotarliśmy na przystanek i po chwili mieliśmy podwózkę do Avignon. Tam wzięliśmy nasze bagaże i ruszyliśmy na miejsce łapania stopa w naszym kierunku. Po chwili zmieniliśmy miejsce na bezpieczniejsze, ale i to nie przyniosło rezultatu. Po poł godziny zaczęło burczeć w brzuchach, wiec zrobiliśmy przerwę na kanapki i wino i po powrocie na miejsce łapania kolejna niespodzianka. 5 ,minut i mamy podwózkę do Nimes. Nie do centrum, bo kierowcy zboczyli z trasy specjalnie dla nas, więc mieliśmy kawałek do przejścia, ale nawet szybko nam to minęło. Gdy dotarliśmy na miejsce gospodarzami okazali się bardzo interesujący ludzie. Stephanie była wydawcą a Roger był podwójnym doktorem chemii i biologii oraz byłym członkiem Francuskiej Akademii Nauk. W tej chwili założył własną działalność i prowadził badania nad własnym lekiem. Atmosfera w domu była bardzo rodzinna, pełną pozytywnej energii. Ciekawą sprawą, okazali się pozostali mieszkańcy tego uroczego domu …otóż mieszkały również koty a dokładnie było ich aż 9! Każdy kot miał swoją własną ciekawą historię życia i osobowość a gospodarze po miauknięciu poznawali który to kot i czego chce. Wieczorem Roger przygotował dla nas bardzo dobrą hinduską potrawę z kaszą kuskus. Wieczór minął w bardzo przyjaznej atmosferze, czuliśmy się u nich jak u dobrych znajomych. Następnego dnia zwiedziliśmy lokalne atrakcje turystyczne jak park, muzeum, katedrę, amfiteatr a po południu mieliśmy jechać z gospodarzami do pobliskiej miejscowości słynącej z bardzo dobrze zachowanego akweduktu. Faktycznie budowla robi wrażenie, szczególnie, że została wybudowana przed paroma setkami lat. Po zwiedzeniu akweduktu, zeszliśmy do rzeczki pod nim i mimo, że woda nie była ciepła odważyliśmy się ze Stephanie popływać. Aga i Roger weszli tylko do kolan i zrezygnowali. Po powrocie kolejny wieczór spędziliśmy na pogaduchach ze „znajomymi”. Gdy zapytali nas gdzie jedziemy po Nimes powiedzieliśmy o naszych planach i Montpellier. Okazało się, że mieszka tam siostra Stephani i zadzwoniła do niej czy zechce nas przyjąć. Zgodziła się, więc dostaliśmy do Stephanie adres i numer telefonu a rano ruszyliśmy w dalszą drogę. Doszliśmy do wjazdu na autostradę i po chwili zatrzymał się nam student z Montpellier, który podwiózł nas na samo miejsce. Opowiedział nam o swojej podroży do Ameryki Południowej i w skrócie nie polecił jechać do Meksyku. Jego kolega był nawet straszony pistoletami przez rabusiów, którzy chcieli portfel i telefon. Na miejscu ruszyliśmy w stronę rynku i okazało się, że twa jakieś święto ekologicznej żywności z okolic. Najedliśmy się na degustacjach pieczonych kasztanów, dżemu z cebuli, wina, orzechów, serów i ryb. Po „poczęstunku” kupiliśmy jedna butelkę wina dla gospodarzy i ruszyliśmy w miasto. Wieczorem dotarliśmy do nich i czekali na nas z przekąskami i winem. Po kilku godzinach w równie miłym towarzystwie, co poprzedniej nocy i kilku butelkach wina poszliśmy na odpoczynek.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s