tydzień 5

Wyjazd z samej Brukseli nie był ciężki, bo na wjeździe na autostradę stopa złapaliśmy po ok 20 minutach, jednak kierowca nie jechał tak daleko, wiec wywiózł nas tylko z miasta i zostawił na następnej stacji benzynowej. Tam po chwili znaleźliśmy kolejną podwózkę, ale też kolejne 30km i tak jeszcze 3 razy zanim przekroczyliśmy granice. We Francji również stanęliśmy na stacji benzynowej i ku naszemu zdumieniu po paru minutach zatrzymał się trochę wysłużony camper. W środku była para studentów, którzy wyruszyli z Brukseli parę godzin po nas. Wzięli więc nas do kabiny i dyskutując przez resztę dnia dojechaliśmy za Paryża. Tu nawet nie wjeżdżaliśmy do miasta, jedynie przejechaliśmy obok Wersalu, bo był nie daleko od naszej trasy. Wieczorem mieli nas zostawić na jednej ze stacji a sami mieli jechać jeszcze parę godzin. Wielkie było więc nasze zdziwienie, gdy zaproponowali nam noc w ich Camperze zamiast rozbijania namiotu. Mieli wystarczającą ilość miejsca dla 6 osób (a z przyjaciółmi parę lat wcześniej podróżowali w ósemkę) wiec po krótkiej naradzie przyjęliśmy propozycje z wielka radością. Na kolacje próbowaliśmy pierwszy raz (i nie ostatni) makaron z sałatą. Smakowało przepysznie i przy winku siedzieliśmy do północy opowiadając i śmiejąc się z naszych historii.

Następnego dnia po śniadaniu ruszyliśmy w dalsza drogę i naszym celem od początku wjechania do Francji był Lyon i sezonowa praca przy zbieraniu winogron, aby zarobić na dalsza podróż. Oni jechali na południe a my na wschód więc zostawili nas na stacji przed rozjazdem. Było już po południu, więc przed stopowaniem poszliśmy do sklepu po coś „na ząb”. Wybór padł na tradycyjne francuskie potrawy – ser pleśniowy „blue cheese” z bagietką. Tu sery pleśniowe i bagietki różnią się znacznie od polskich odpowiedników, więc zjedliśmy je z wielkim smakiem.

Po tej dawce energii doznaliśmy kolejnego rekordu w łapaniu stopa. Prawie 3 godziny stania na wyjeździe ze stacji, potem zmienione na strategie- pytania kierowców osobiście, następnie na pytanie kierowców polskich ciężarówek, aż wreszcie zdecydowaliśmy się znowu na pierwszą opcję -stanie z wyciągniętym kciukiem na wyjeździe. Jak się okazało się był to kolejny stresujący moment w naszej podroży, po 4 godzinach zatrzymał się Niemiec. Okazało się, ze jedzie w okolice Bordeaux. Również znany winiarski region, wiec zdecydowaliśmy, czemu nie… (jak się później okazało był to świetna i spontaniczna decyzja:). Po kilu godzinach podroży przejechaliśmy obwodnicą miasta i widząc mnóstwo winorośli w około postanowiliśmy zatrzymać się w tym miejscu. Nie mieliśmy żadnego hosta, bo nie wiedzieliśmy gdzie dokładnie jedziemy, wiec po wyjściu z samochodu ruszyliśmy w stronę zabudowań i zapytaliśmy w jednym domu czy możemy rozbić namiot w ich ogródku. Problem polegał na tym, że my nie mówiliśmy po francusku a pytany przez nas starszy człowiek nie bardzo rozumiał angielski, na szczęście mieliśmy od pary z campera małą ściągę z wyrażeniami, które mogą być nam potrzebne we Francji. Pokazaliśmy odpowiednie zdanie o rozbiciu namiotu, bo nie wiedzieliśmy nawet jak to wymówić i po chwili znikną żeby zapytać żonę. Za chwile brama się otworzyła, wiec przybiliśmy „piątkę” i ruszyliśmy do środka. Po rozbiciu namiotu i prysznicu para zaprosiła nas na kolacje. Były steki pieczone na suchych patykach z winorośli – lokalny przysmak, z ryżem i sałatką. Ich córka była wyjątkowo tego wieczoru u rodziców, wiec my opowiadaliśmy jej o naszej dotychczasowej podroży, ona tłumaczyła to rodzicom a mama łapała się za głowę słuchając historii naszej podróży. Bardzo miło się rozmawiało przy winku a starsza para okazała się bardzo sympatyczna i w trakcie rozmowy Max obiecał nam pomoc jutro w znalezieniu pracy a na weekend zaprosili nas na ich prywatną łódkę niedaleko Bordeaux.

Następnego dnia Max pojechał z nami do okolicznego urzędu pracy pomóc w znalezieniu pracy. Praca się znalazła, ale mieliśmy jeszcze zadzwonić za tydzień i ją potwierdzić. W tym czasie nie mogliśmy zbytnio się oddalać wiec pojechaliśmy nad ocean Atlantycki i bez konkretnego pomysłu do jakiego miasta, mówiliśmy kierowcom tylko kierunek „ocean”. Tym sposobem trafiliśmy do Lacanau – bardzo fajnego miasteczka przy samym oceanie. Znaleźliśmy kamping 100 m od morza i rozbiliśmy namiot, po czym poszliśmy oglądać zachód. Następnego dnia namiot został na kampingu a my chodziliśmy wzdłuż wybrzeża i pływaliśmy na zmianę. Im dalej na północ szliśmy tym bardziej plaże były pełne nudystów-oprócz osób w wieku naszych rodziców były również młode i wyzwolone Francuzki. Ten „spacerek” trwał około pół dnia ale za to byliśmy dumni z pokonanej trasy – odległościowo jak i widokowo. Mniej więcej, w ten sposób minęły 4 dni. Na campingu poznaliśmy małą grupkę prześmiesznych francuzów, którzy pokazali nam jak się robi słynne francuskie małże w białym winie. Praktycznie nie mówili po angielsku ale porozumiewaliśmy się dzięki ich umiejętnościom niewerbalnym. Małże sami zebraliśmy na plaży i mieliśmy przy tym sporo zabawy ze względu na sposób, w jaki się to robi. Należało głęboko zanurzyć stopę w piasek i szybkim ruchem ją wyjąć, aby odkryć schowane tam muszelki. Niestety nie było to takie proste, ponieważ prądy morskie często podmywały wydobyte małże i zabierała je z powrotem do oceanu. W piątek postanowiliśmy zadzwonić do Maxa i skorzystać z zaproszenia na łódki. Jeden francuz z kampingu zadzwonił do niego w naszym imieniu i po minucie rozmowy potwierdził, że zaproszenie jest aktualne.

Spotkaliśmy się następnego dnia w wyznaczonym miejscu i zabrali nas na zakupy koło przystani po owoce morza, do lokalnego marketu po kilka innych rzeczy. Jednak zamiast na łódki pojechaliśmy do ich letniego domu. Okazało się później, że łódka jest w Hiszpanii w remoncie, ale w domku też było bardzo milo. Przed obiadem popływaliśmy w basenie a potem było tylko lepiej. Na przystawkę ostrygi z Muskatem. Potem krewetki i oliwki a na koniec kurczak z rożna. Uczta była przednia, więc po obiedzie zdecydowaliśmy pojechać nad ocean i spalić, choć cześć kalorii. Po weekendzie nasi gospodarze wracali do domu Eysines ,jednak to nie było koniec dla nas atrakcji, bowiem Max zapewnił nam kolejne. Pokazał nam bardzo starą i uroczą wioskę rybacką, która do dnia dzisiejszego funkcjonuje i znajduje się na totalnym odludziu. Następnym celem był słynny widok na Ocean – Pont Du Pilat, gdzie znajdują się wille bogatych ludzi. Na wystawny obiad zaprosiła nas mama Josie, która chciała nas poznać i przedstawić reszcie rodziny. Po obiedzie nadszedł czas na dalsze zwiedzanie, Max zaproponował zobaczyć słynne Bordeaux, które okazało się być przecudnym. Po całym intensywnym dniu zwiedzania Max nam przygotował kolacje, zakrapianą różnorodnym winem, którego w piwnicy ma ponad 800 butelek. Wieczór upłynął na rozmowach o podróżach Maxa gdzie pływali łodzią i gdzie jeździli. Niestety następny dzień był dniem wyjazdu i trzeba było się pożegnać, co nie było łatwe w przypadku tak wspaniałych ludzi. Dzięki nim zwiedziliśmy znacznie więcej .Oczywiście zaprosiliśmy ich do Polski a oni chętnie nas przyjmą ponownie.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s