Indonezja cz. 1

Tu tez nam sie nawet pobyt bardzo  spodobal. Zostalismy maksymalna ilosc dni a nawet jak sie okazalo ostatniego dnia – o jeden dzien za dlugo. Odwiedzilismy 5 z ponad 17 i pol tysiaca wysp skladajacych sie na to panstwo.

Lodka z Malezji do Indonezji

Mala lodka z Tawau zabrala nas na Nunukan. Mielismy tam zostac chwile, bo chcielismy plynac na Sulawesi ale polnocna jej czesc. Jednak pan kapitan, ktory zaprosil nas do swojego pomieszczenia – lamana angielszczyzna wytlumaczyl, ze prom na Sulawesi odplywa dzis wieczorem. Na poczatku nie wierzylismy, bo rozklad mowil co innego, ale jak doplynelismy na miejsce i zobaczylismy wielki statek transportowy nie musielismy nikogo pytac o potwierdzenie. Okazalo sie jedynie, ze plynie do Pare Pare, srodkowej czesc tej wyspy, wiec bedziemy musieli pojechac na polnoc a potem znow wrocic na poludnie. Nic to jednak, czas mamy – wiza na 60 dni z mozliwoscia przedluzenia 6 razy o 30 dni kazdy.

Kapitan pomogl zalatwic nam bilety, syn zabral mnie skuterkiem do bankomatu i na male zakupy przed 3 dniowa podroza. Dowiedzielismy sie od niego, ze zapewniaja posilki 3 razy dziennie, ale w razie W zakupilismy sporo zupek chinskich, kawy i przekasek. Widzielismy ladowanie malej lodki z Tawau na Nunukan i to juz zadziwialo, ze umieja wykorzystac kazda wolna czesc pokladu na upchanie swoich rzeczy. Ale z tym promem to byl jeszcze wiekszy hard core. Wyplyniecie promu bylo opoznione o ok 3 godziny, bo caly czas masy towarow zostaly wnoszone, wciagane linami, wsuwane i wtargane na poklad. A bylo tam wszystko co mozna sobie wymyslec, zywy inwentarz, lozka, telewizory, materace, wozki i wiele wiele innych, ktorych nie sposob rozpoznac, bo byly dobrze zapakowane i zabezpieczone na czas transportu.

„zwykly” podklad

„nasz” poklad

Bilet kupilismy oczywiscie najtanszy, czyli na zasadzie sa 2 puste  podklady, doslownie bez niczego, wiec co i gdzie sobie znajdziesz tam bedziesz spac. Sprytnie znalelismy kawalek podlogi kolo pomieszenia sluzacego do modlitwy. Co prawda bilismy sie chwile z myslami, czy to dobry wybor ale po przytarganiu 2 materacow i „zarezerwowaniu” miejsca ruszylem na poszukiwania czegos lepszego iiiii nie znalazlem. Pogodzilismy sie wiec, ze tloczno bedzie tylko 5 razy dziennie i najwszczesniej ok 4 rano. Ale w innych czesciach tak tloczno i gwarno bylo praktycznie czaly czas. Bylismy jedynymi bule, czyli bialymi na statku a to wzbudzalo nie male zainteresowanie. Cale wycieczki przychodzily ogladac nas jak jemy, czytamy ksiazki, ogladamy film na laptopie, albo wykonujemy inne zwykle czynnosci. I to praktycznie nieprzerawanie przez 3 dni rejsu.

Warto wspomniec tez o posilkach 3 razy dziennie. Bylo to przez caly czas ryz z ryba i czasmi kawalkiem kapusty. Do tego ryba nieproporcjonalnie mniejsza w stosunku do ilosci ryzu. Pierwszego dnia nie wzielismy kolacji, bo nikt nam nie przetlumaczyl, ze to co mowia w glosnikach to ogloszenie o posilku, wiec dobilismy sie jakas zupka chinska. Ale juz drugiego dnia zapytalem czy mozna wziac 2 porcje na sniadanie, zamiast wczorajszej kolacj. Pan wydajacy bardzo sie ucieszyl tym faktem i dal mi 3 porcje. Potem juz nie bylo problemu z dokladkami.

Drugiego dnia powstal problem z wyczerpujaca sie bateria do laptopa, wiec zapytalismy wieczorem w restauracji obok naszego poslania o mozliwosc podladowania. Zgoda byla natychmiastowa i zawiazalismy znajomosc z kucharzem. Glownym daniem przyrzadzanym w tej kuchni byly gotowane kluski z zupki chinsiej i smarzone po chwili z tymi wszystkimi przyprawami i sosem sojowym. Zostalismy wiec i tym poczestowani na koszt firmy. Zbytnio nie smakowalo, ale zjedlismy a po dluzszej chwili rozmowy – zostalismy zaproszeni do domu owego kucharza. Zaproszenie przyjelismy i skosztowalismy prawdziwej indonezyjsiej kolacji, przygotowanej przez mame i tym razem bardzo dobrej. Kolejnego dnia poszlismy razem na

najlepszy deser za 1,5 zl – ever!

zwiedzanie, sprobowalismy najlepszy deser w Indonezji i juz nigdy potem nie moglismy znalezc takiego dobrego. Kolejnego dnia zjedlismy rybe grilowana na lupinach z kokosa – pycha i pojechalismy odwiedzic babcie naszego gospodarza.

Po kilkudniowym pobycie ruszylismy w koncu na ta polnoc do Turaja. I znow ciezko bylo, nawet bardzo ciezko, bo wszyscy sie na nas patrzyli, nie wiemy co to za fenomen bialy czlowiek na tej wyspie, ale pomoc nie bylo komu. Jakimis malymi stopami przeskakiwalismy po parenascie, paredziesiat kilometrow. I jak w Malezji bez problemu dalo sie przejechac 500 i wiecej km jednego dnia tak tu nastawilismy maximum na 150. Tym razem bylo to okolo 70 i caly dzien praktycznie na to spedzilismy. Dojechalismy wieczorem, wiec jako, ze kosciolow juz nie ma to poszlismy na posterunek policji i powiedzielismy, ze pieniedzy nie mamy na nocleg i czy mozna namiot. Popatrzyli sie na nas jak na UFO. Jak to bialy i pieniedzy nie ma, ale zadzwonili, lub udawali, ze zadzwonili do komendanta pytac o zgode. Zgody nie dostalismy i zapytali ile mozemy zaplacic za nocleg. Powiedzielismy cos okolo 20 zl za pokoj, wiec wzieli nas do auta policyjnego, ktore wyglada troche jak polski Zuk. 2 miejsca z przodu w kabinie i z tylu laweczka przez srodek. No i tak jezdzilismy ponad godzine od hotelu do guest house’u i pytali w naszym imieniu o nocleg. Znalezli jeden w naszych granicach cenowych, ale do dyspozycji sama podloga. Bez swiatla i prysznic z wiadra na zewnatrz. Podziekowalismy i ruszylismy szukac dalej. Przyjechalismy – okolo 10 w nocy z wlaczonymi kogutami – do jednego z guest house’ow, ciekawe co wlasciciel sobie pomyslal jak policja zapukala o tej porze. Ale o dziwo nas przyjal, warunki byly na prawde dobre a rano dostalismy jeszcze herbate.

Region ten slynie z rytualnych pogrzebow, ktore chcac nie chcac staly sie atrakcja turystyczna. Ludzie przyjezdzaja i ogladaja cala ceremonie pogrzebu, ktora trwa kilka dni. Co niektorzy sa zapraszani do swietowania. My wypytalismy o ta ceremonie i okazalo sie, ze jest nastepnego dnia. Caly dzien wiec spedzilismy w miescie, weszlismy na lokalny szczyt z krzyzem i widokiem na cala okolice. Wrocilismy wieczorem na nocleg i rano ruszylismy z

podczas ceremonii wiekszosc ubiera tradycyjne stroje

plecakami na owa ceremonie. Jako, ze z miasta byl kawalek, to zaczelismy lapac stopa na ten odcinek. Jakiez bylo zdziwienie, gdy okazalo sie, ze kierowca jest przedstawicielem handlowym firmy sprzedajacej srodki ochrony roslin i jedzie dobre sto kilometrow. W tych warunkach bylo to nie do pogradzenia, wiec poprosilismy, aby wstapil na chwile na ta ceremonie i potem pojedziemy z nim dalej. Zgodzil sie i spedzilismy moze 10 minut i widzielismy dziesiatki swin, pare wolow i wielkie przygotowania do uroczystosci. Pogrzeb jest to tak wielka i kosztowna impreza, cala wioska jest zapraszana i kazdy przynosi swinie, wola, co moze. Potem jest on zabijany, na miejscu sporzadzany i pieczony. Kazdy je do woli i trwa to kilka dni.

Rowniez dlatego, ze jest to to kosztowna impreza, czasami zwloki trzymane sa w tych tradycyjnych domkach do czasu, az rodzina bedzie miala wystarczajaca ilosc pieniedzy na prawdziwy, rytualny pogrzeb.

budynki te normalnie sluza przechowywaniu ryzu, w wyjatkowych okolicznosciach rowniez zwklok.

Nie dane bylo nam tym razem zostac, ale bedziemy na pewno tedy wracali, wiec moze wtedy. Przejechalismy z naszym milym kierowca praktycznie caly dzien. Mowil dobrze po angielsku, wiec praktycznie cala podroz minela na rozmowie i wymianie pogladow i doswiadczen. Gdy nas wysadzil, to szczescie nam dopisalo, bo za chwile zaczelo padac a my trafilismy podwozke na kolejne kilkadzisiat kilometrow. Ale chlopaki dostali cynk, ze dalej droga jest nieprzejezdna wiec zatrzymali sie w restauracji. A tu trasy wolno sie pokonuje a wiec co jakis czas posrodku niczego jest jakas mala rodzinna knajpka z podstawowym menu i lozkami dla strudzonych kierowcow. Praktycznie kazda mala restauracja dysponuje takim przybytkiem. Probowalismy dowiedziec sie jak daleko jada i o ktorej wyruszaja, to zrozumielismy, ze wyrusza jak bedzie mozna a jada dodatkowe 40-50 km. Byl srodek nocy, wiec zdecydowalismy, ze ta noc spedzimy w tym „zajezdzie”. Rano obudzilismy sie i zastala nas piekna pogoda i piekne widoki na doline ponizej. Po chwili oczekiwania zlapalismy ciezarowke, ktora dowiozla nas do celu, ale tym razem kierowcy nie mowili wcale po angielsku wiec tylko podziwialismy widoki i sluchalismy audiobooka cala droge.

Na miejscu znalezlismy tani nocleg i nastnego dnia mielismy plynac na mala wysepke z 3 resortami i pieknymi miejscami do snorkelingu. Ale zab zaczal mnie bolec tak mocno, ze wolalem nie zostac z nim sam na sam na malej wysepce. Wiec poszedlem do dokter gigi, czyli dentysty po ichniemu. Pani zlecila zrobienie zdjecia, ktore kosztowalo 30 zl a z ktorego nic nie wynikalo, bo patrzyla na nie moze pol sekundy. A potem zaczelo sie dlugia, mozolna i najbardziej bolesna wizyta dentystyczna, odkad siegam pamiecia. Jako, ze zab wymagal leczenia kanalowego to Pani natrudzila sie dobra godzine, zanim znalazla oba kanaly. Bez znieczulenia oczywiscie. Caly czas wyobrazalem sobie te rybki i rafy, podrod ktorych bede plywal nastepnego dnia.
Gdy skonczyla odetchnalem z ulga, ale jako leczenie kanalowe, to wymagalo to przynajmniej paru wizyt. Napisala wiec list co zrobila i co kolejny dentysta ma zrobic, podziekowalem, zaplacilem i wrocilem do hotelu. Nastepnego dnia byla burza i morze okazalo sie zbyt wzburzone na wyplyniecie statku, ale juz sie wykwaterowalismy z hotelu i nie chcielismy znowu tam wracac, wiec zostalismy w budce niby biura podrozy. Nastepnego dnia juz bylo OK, wiec ruszylismy najpierw jednym statkiem, potem czekalismy az ktos z resortu nas odbierze. Proponowao nam co chwile oferte konkurencji, drozsza conajmniej 2 razy, ale za kazdym razem grzecznie dziekowalismy. Gdy wreszcie przyplyneli po nas i ruszylismy na przejazdzke miedzy tymi wszystkimi wyspami, przez krystalicznie czysta wode to naprawde byl to jeden z najladniejszych widokow z podrozy. Gdy doplynelismy na miejsce to dostalismy jeden z kilku bambusowych domkow i podrod Francuzow, Niemcow, Austriaka i Anglika zjedlismy nasza pierwsza kolacje. Byly to ryby, swierzo lapane codziennie przez wlasciciela. Pycha do kwadratu!

na rajskiej wyspie

Kolejnego dnia wyporzyczylismy sprzety do snorkelingu i poszlismy robic to po co przyjechalismy. Dla Agi byl to pierwszy raz ever, wiec miala troche oporow przed wyplynieciem na glebsza wode niz siegajaca szyi po stanieciu. Jednak najlepsza rafa koralowa byla glebiej. Przywiazalismy wiec 2 puste butelki jako boje ratunkowe i ruszylismy na ekspoatacje podwodnego swiata. Bylo na prawde super, na przestrzeni kilkuset metrow kwadratowych mozna zobaczyc taka roznorodnosc stworzen, ze az trudno to sobie wyobrazic. Spedzilismy pare godzin z glowami pod woda, po czym Aga wyszla odpoczywac a ja zostalem az do wieczora. Nastepnego dnia w wodzie spedzilem od 6 rano do 6 wieczorem z przerwami na posilki. Aga troche mniej, ale nadal intensywnie korzystalismy z urokow natury w tym zakatku Swiata. Trzeciego dnia wypozyczylismy jeszcze kajak morski i oplynelismy pare wysp dookola. I w sumie wrazen bylo wystarczajaco wiec zdecydowalismy wracac. Wieczorem lodka zabrala nas na wieksza wyspe, skad wielki prom zabral nas na Sulawesi do Poso.

Tam doplynelismy do innego portu, oddalony ok 20 km od miasta. Zapytalismy o cene za tuktuka ale ta byla zabojczo wysoka, jako, ze byla to jedyna opcja dojechania do miasta. Ale nie dla nas, po chwili stalismy i machalismy na jadace samochody przyjmujac nienawistne spojrzenia kierowcow tuktukow. Na miejsce dojechalismy w miare sprawnie, zostalismy jeszcze na jedna noc w tej budce informacji turystycznej i kolejnego dnia ruszylismy na poludnie. Zatrzymalismy sie jeszcze nad jeziorem, ktore ominelismy wczesniej. Znalezlismy kosciol a po zapytaniu o mozliwosc rozbicia namiotu dostalismy zaproszenie do domu. Kolejny caly dzien chodzilismy wokol tego akwenu, bo piorace kobiety skutecznie zniechecily nas do kapieli. Ale spacer tez byl pozyteczny i zaprowadzil nas do innej czesci, z malym resortem kilku domkow do wynajecia i duzo czystsza woda. Tam wlasnie oddalismy sie plywaniu i po paru godzinach wrocilismy do naszego kosciola.
Nastepnego dnia dotarlismy do Polopo i jakims trafem kierowca wysadzil nas kolo kosciola. Dokladnie byla to salka sluzaca modlitwom na dole i pokoje z kuchnia i lazienka na gorze, w ktorych mieszkal organista. Zaprosil nas do siebie, po chwili pojechal z kolega po kolacje dla nas a my napisalismy do naszego znajomego przedstawiciela handlowego czy nie jedzie na poludnie w najblizszym czasie. Okazalo sie, ze jest 30 km dalej i rano bedzie jechac do Makasar. Bardzo wiec nam to bylo na reke ponownie. Rano odebral nas z tego kosciola i ruszylismy ponownie. Tym razem w Turaja nie zastalismy otwartej informacji turystycznej, wiec nie chcielismy zostawac i ryzykowac, ze ceremonii nie bedzie.

Pojechalismy wiec z nim do samego Makasar, w hotelu gdzie zostawal zostawilismy bagaze i poszlismy zwiedzac miasto i wysylac zapytania o kanape. Zwiedzania nie bylo za duzo, bo miasto wielkie, najwieksze na wyspie ale nic ciekawego nie bylo. Po poludniu przyjechal odebrac nas host i pojechalismy do jego domu. Na miejscu spotkalismy paru innych surferow, Francuza, Amerykanke i Holenderke. Kolejnego dnia nasz gospodarz mial wolne, wiec z jego znajomymi i inna surferka z samego Hollywood, pracujaca na planie CSI: NY poplynelismy na bezludna wyspe. Wyspa miala byc bezludna, ale chyba wiecej osob ja zna, bo bylo dosc tloczno. Rafa w porownaiu z ta widziana pare dni temu tez rewelacyjna nie byla, ale ogolnie bylo fajnie.

MakASSar

Nastepnego dnia pojechalismy na zwiedzanie starego miasta, a potem na promenade. Jakiez bylo nasze zdziwienie, wrecz poczulismy sie jak gwiazdy… bo do tego, ze podchodza i sie przygladaja i nic nie mowia to praktycznie sie przyzwyczailismy. Ale w Makasarze bardziej smiali byli i jak jedna osoba osmielila sie zapytac o zdjecie to potem ruszyla lawina. Stalismy tam moze z 20 minut fotografujac sie z cala rodzina, potem z kazdym z osobna a potem jeszcze dwojkami. I tak kilka rodzin i jeszcze z tym dzieckiem i jeszcze z tym…

Potem pojechalismy z naszym gospodarzem do jego rodziny na testowanie weselnych potraw. Wesele jego siostry bedzie za ponad miesiac, a obie rodziny dopiero pierwszy raz tak na prawde sie spotykaja i zamiast wódki staropolskim zwyczajem – kosztuja i wybieraja dania ktore beda podawane w dniu wesela. A tradycja w Indonezji wyglada tak, ze pan mlody placi posag za narzeczona. Kilkanascie tysiecy zlotych niejednokrotnie, wszystko zalezy od

Rodzinne testowanie potraw

wyksztalcenia, pochodzenia i oczywiscie wygladu przyszlej zony. Ale cala kwota nie jest dla niej, ani dla rodziny, bo musza zorganizowac za to wesele, wynajac lokal, oplacic kucharzy i w zaleznosci od tego jak duza impreza bedzie – czasem musza dolozyc. Na tym przykladzie podam, ze spodziewaja sie 1500 gosci (slownie: tysiaca pieciuset). Impreza na 500 osob to standard, 1500 to zazwyczaj gorna granica. My rowniez dostalismy zaproszenie, ale niestety w tym czasie bedziemy pradopodobnie tuz przed wylotem do Australii.

A propos lotu do Austali, to trafilismy super promocje w naszej ulubionej azjatyckiej linni lotniczej. Codziennie sprawdzalismy ceny lotow i gdy doszly do 100 zlotych za osobe zaczalem rezerwowac czym predzej, a potem podczas rezerwacji jeszcze jakis rabat sie wlaczyl i kupilismy lacznie za 150 zlotych oba bilety z Bali do Darwin. 2 razy liczylem dni, czy zmiescimy sie w wizie… i oczywiscie nie zmiescilismy sie, ale o tym w nastepnym odcinku.

 

A propos lotow w ogole – gdy wrocilismy w koncu do domu zastalismy naszego znajomego Francuza, ktory mial leciec tego dnia na Bali. A że kierowcy tuktukow angielskiego nie znaja, a biletu lotniczego nigdy nie widzieli i nawet jak im pokazywal reka jak samolot startuje w Makasarze i laduje w Denpasarze na Bali to mimo, ze wyjechal z 3 godzinnym zapasam – spoznil sie 5 minut na swoj lot. 2 razy wzial zlego tuktuka, bo kierowca pokiwal glowa, ze jedzie na lotnisko. A oni kiwaja zawsze i po paru dniach mozna sie obyc i zauwazyc roznice kiedy kiwaja bo rozumieja, a kiedy kiwaja i sie usmiechaja a ni w zab nie wiedza o co nam chodzi. Mimo to nastepnego dnia on polecial a my 4 razy taniej wzielismy statek i kolejne 3 dni na morzu i kolejne wycieczki aby zobaczyc bialego i kolejna ryba z ryzem 3 razy dziennie. Tym razem rozlozylismy sie kolo mostka kapitanskiego.

Po krotkiej rozmowie z kapitanem dowiedzialem sie, ze statek i tym razem ma kilkugodzinne opoznienie i moglem jeszcze zejsc z pokladu i udac sie na kolejna wizyte u dokter gigi i odhaczyc kolejny etap leczenia kanalowego. Jupi.
Wszytko odbylo sie sprawnie i tym razem bezbolesnie, na pocieszenie kupilem nam pare slodyczy na droge i wrocilem na statek. Po kolejnej godzinie opoznienia odcumowalismy i ruszylismy na Bali…

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

MALEZJA po raz niewiadomo ktory, ale niestety ostatni

Wrocilismy do tego samego miejsca, z ktorego wylecielismy ale tym razem juz wybralismy innego hosta, bo nasz poprzedni po pobycie na Filipinach polecial od razu na studia w Zachodniej czesci Malezji. Nasza nowa gospodyni rowniez byla Chinskim Malajem i chciala nawet nas odebrac z lotniska, ale nie bylo takiej potrzeby. Wyszlismy z terminala i po 5 minutach siedzielismy w aucie pracownika AirAsia. Byl bagazowym i wracal zmordowany po swojej zmianie. Dowiedzielismy sie, ze praca bardzo ciezka a zarobki niewielkie. Codziennie musi naprzezucac sie tysiace bagazy, niejednokrotnie 40 kilogramowych. Ale znizki na loty ma i korzysta z nich on i cala jego rodzina.

Gdy dowiozl nas na osiedle zaczelismy szukac naszego bloku. I tu logika numeracji iscie z Kazachstanu. Obok 2 bylo 5, potem 15 i 11. A nasza 3 stala po drugiej stronie ulicy. Ale nic to, trafilismy jakos i zaraz po odwiezeniu zostalismy zaproszeni na pyszna kolacje z wieprzowiny, gdziez by inaczej. Zaserwowano nam przysmak Chinczykow, 3 wartstowy boczek, czyli skora, tlusz i troche miesa. Bardzo drogie i wymagajace czasu i wprawy w przygotowaniu danie. Rankiem rowniez zostalismy szczodrze obdarowani lokalnymi przysmakami, ktore probowalismy pierwszy raz w Malezji. Glownie zrobione z ryzu, roznego rodzaju ciasta, kluski i ogolnie slodycze. Oraz nasze ukochane i wytesknione Roti Canai, ktore juz zamowilismy sobie podczas kolacji. Miasto juz mielismy zwiedzone, wiec po sniadaniu dostalismy podwozke do centrum w celu kontynuacji podrozy. Mielismy jechac na gore Kinabalu, czyli najwyzszy szczyt w tej czesci Malezji, ktory kazdy Malej musi odwiedzic przynajmniej raz w swoim zyciu. Ale po drodze na wylotowke wstapilismy do centrum handlowego zobaczyc aparaty i okazalo sie, ze zrobili spora przecene od ceny sprzed wylotu. Jeszcze troche negocjacji i dostalismy nawet futeral i karte SD. Szczesliwi moglismy ruszac na fotografowanie pieknych gor. Stopa zlapalismy jak zwykle po chwili i kierowca okazal sie mily pan, ktory wyjechal z domu tylko na zakupy ale chcial nam pomoc i rozmowa sie kleila, wiec wyszlo ponad 30 km podwozki. Potem jeszcze jeden stop i dotarlismy na miejsce. Kupilismy bilet do Parku Narodowego, rozbilismy namiot pod dachem jakis budynkow administracyjnych, po czym zostawilismy nasze rzeczy i ruszylismy do jakiegos miasteczka po zakupy na kolejny dzien, gdy bedziemy sie wspinali na ta gore. Okazalo sie, ze najblizsze miasteczko ma tyko jeden bankomat, ktory akurat nie dzialal a my po zakupie biletow nie mielismy praktycznie zadnych pieniedzy. Pojechalismy wiec troche dalej, tam znalezlismy bankomat i mielismy wybor miedzy sklepem sporzywczym, jakimis suchymi herbatnikami i przekaskami lub restauracja indianska i Roti Canai. Bez namyslu wybralismy opcje numer 2 i zamowilismy 15 plackow. Pare zjedlismy od razu na kolacje, a reszte na kolejny dzien. Jednak odkrylismy nastepnego dnia, ze zimne nie sa juz takie dobre a ostry sos curry obowiazkowy w tej potrawie – psuje sie po nocy w cieplym miejscu. Jednak wieksze rozczarowanie przyszlo po okolo 2 godzinach nawet nie trudnej wspinaczki. Okazalo sie, ze bilet ten uprawnia na pochodzenie jedynie po lekkich wzniesieniach. Na prawdziwa wspinaczke trzeba zatrudnic przewodnika i wykupic kolejny bilet, ktory to zestaw dla nie-Malaja kosztuje ok 1000 zl na lebka. Tego nam w kasie nie powiedziano, a ze my nie uzywamy przewodnikow to wyszlo jak wyszlo. Nic to, zostalismy jeszcze jeden caly dzien i pochodzilismy gdzie bylo mozna, ale za chwile zaczelo sie chmurzyc, wiec przyspieszylismy aby zdarzyc do suchego namiotu. Zaskoczeniem bylo, ze w cenie tego biletu sa tez gorace zrodla. Faktycznie przydatne o tej porze roku, kiedy na gorze pada codziennie i na dole widzielismy przemoczonych i przemarznietych turystow. My przemoczeni ani przemarznieci nie bylismy, ale ostatnio z tego naturanego dostatku korzystalismy jakis czas temu w tajlandii, wiec czemuz by nie. I tak to kilkoma szybkimi stopami dostalismy sie na miejsce i spedzilismy tam caly dzien korzystajac z roznych basenow. Na poczatku z „grupowych”, tj dlugich na 5 i szerokich na 2 metry, ale byly tez „osobite”, czyli moze metr na metr i wystarczylo sie przyczaic jak ktos opusci ten luksus i potem lejesz sobie wode o temperaturze idealnej i siedzisz, lezysz, pluskasz sie – ile chcesz. Fajnie bylo wygrzac

nasz maly prywatny basenik

ztrudzone kosci a na nocleg rozbilismy namiot w jednej z altan. Bylo to w miare bezpieczne miejsce, ale nie chcielismy pytac nikogo o zgode, zeby w razie odmowy szukac czegos po ciemku poza kompleksem. Ktos przeszedl raz kolo namiotu, pewnie sie zdziwil co to tu robi, bo stal kilka minut i swiecil latarka ale my sie nie odzywalismy, wiec ruszyl dalej. Co prawda rano ktos sie przyczepil, ale juz namiot byl umyty, wysuszony i gotowy do spakowania, wiec tylko pokazalismy ze mamy bilet i ze zaraz opuszczamy ten lokal.
Zlapanie stopa do tych basenow byla bardzo latwe, za to droga z i to jeszcze rano – do latwych juz nie nalezala. Uszlismy dobre pare kilometrow, zanim ktos po dlugich namowach podrzucil nas do glownej. A potem to juz bylo z gorki. Jeden pick up i paredziesiat kilometrow, potem ponad 400 z drugim kierowca i 3 rodzinka, ktora chyba nie rozumiala idei autostopu, bo mimo, ze po angielsku nie rozmawiali to znalismy to zdanie po malajsku, ze chcemy darmowa podwozke do Semporny. Mimo wszystko zawiezli nas pod najdrozszy chyba hotel w miejscie i gestem reki pokazywali, zeby cos zaplacic. A mowimy my ze za darmo, pokazujemy ze pieniedzy nie mamy itp, wiec machneli reka i odjechali. A my ruszylismy na poszukiwanie jakiegos noclegu. Udalismy sie jak zwykle do kosciola, a ze my szczescie w zyciu i w tej podrozy mamy, to bylo akurat zebranie chóru i jeden z uczestnikow zaprosil nas do siebie na mieszkanie. Zostalismy poczestowani tez kolacja, herbata i deserem. Kolejnego dnia oprocz rozbudowanego mola i hotelu na palach – niewiele bylo do zwiedzania. Zastanawialismy sie jeszcze nad kursem nurkowym, bo pogoda byla ladna a ceny podobne do tajskich. Ale po przemysleniu jednak odpuscilismy, bo potem po kursie na samo nurkowanie tez trzeba miec pieniadze a wolelismy nie szalec z budzetem wiec odpuscilismy sobie na blizej nieokreslona przyslosc.

Glowna i najladniejsza atrakcja

Potem pojechalismy do Tawau, ostatniego juz miasta na naszej trasie w Malezji. Stamtad mielismy zlapac prom do Indonezji. Jedyne przejsce graniczne w tej prowincji. Co prawda lokalni wspominali cos o przejsciu przez gory, ktore jest mozliwe i nie takie trudne, bo

W okolicach Tawau

ludzie szmugluja tamtedy mase roznych rzeczy, jednak my poprzestalismy na legalnej wersji. W miescie mielismy mozliwosc goscic u Couch Surfera w Wielkiej Brytanii, ktory tam pracuje – nie inaczej – jako nauczyciel. Obwiozl nas po okolicy, potem zjedlismy kolacje i nastepnego dnia wybila godzina opuszczenia tego kochanego i jednego z najlepszych krajow na naszej trasie. A nikt sie nie spodziewal jak wjezdzalismy tam po raz pierwszy z Tajlandii pare dobrych miesiecy temu…..

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Filipiny cz.2

Nastepnego dnia znow zlapalismy jeepneya na stopa, ale zamiast calej trasy, przewiozl nas tylko jej pol, bo klienci chetni zaplacic byli wazniejsi niz my i nasze plecaki zajmujace duzo miejsca. Pojechalismy do Cabanga, jako miasto przejazdowe na jedna noc. I tu spotkalo nas zaskoczenie ze strony kosciolow, bo byly az 2 ale oba katolickie i w obu nie chcieli nas ugoscic na trawniku w bezpiecznym miejscu… ale jakims zrzadzeniem losu trafilismy na parafianki wychodzace z jednego i jedna zaprosila nas do siebie. Miala obok swojego domu osobny budynek z 2 pokojami i lazienka, ktore wynajmowala tamtejszym studentkom. Rok akademicki jeszcze sie nie zaczal, wiec mieszkania staly puste i nieuzywane przez okres wakacji, a wiec i bardzo zakurzone. Nic to, przy latareczce z telefonu posprzatalismy sobie jeden z pokoi, przygotowalismy poslanie i poszlismy spac. Nastepnego dnia oddalismy aparat do naprawy i wycienili ja na 30 zl jezeli naprawia. Mialo byc zrobione po paru godzinach, wiec poszlismy przejsc sie po miescie. W miedzy czasie naprawilismy jeszcze zamek w plecaku i klapki japonki, a po powrocie po aparat niestety nie dowiedzieli sie w czym tkwi problem, ale postanowili jeszcze raz sprobowac i do odebrania bylby nastepnego dnia. Wiec szkoda bylo nie skorzystac, zostalismy tam aparat a my poszlismy do wlascicielki zapytac o pozwolenie na kolejna noc. Zgodzila sie bez problemu, tylko udoskonalismy poslanie na kolejna noc, ale i tak bylo bardzo goraco i niewygodnie. Kolejny dzien nie przyniosl niestety poprawy w aparacie, wiec juz zaakceptowalismy zaiwestowanie w nowy i od tej pory kazde napotkane centrum handlowe z elektronika sprawdzalismy skrupulatnie. Ale, ze centra handlowe z prawdziwego zdarzenia i do tego 2 lub 3 najwieksze na Swiecie sa tylko w Manili wiec przez reszte pobytu nie udalo sie znalezc nic konkretnego.

Ruszylismy nastepnego dnia dalej, szczegolnie, ze odziwo zjawily sie 3 studenki i ich rodzice z rzeczami do umeblowania pokoju. Czyli i tak nie mielismy wyjscia. Tym razem zatrzymal sie nam jakis samochod z 2 panami jadacymi praktycznie do naszego kolejnego celu. Tym razem w miescie byl tylko jeden kosciol, do tego zabytkowy i wpisany na liste UNESCO. Zapytalismy oczywiscie, czy nie mozna by tam gdzies namiotu na 1 dzien ustawic, ale odpowiedzieli nam, ze to zabytek, chroniony itp itd i oficjalnie nie mozna. Ale zapytali czemu za darmo i czemu nie mamy pieniedzy, wiec odpowiedzielismy, ze taki mamy styl podrozy i ktos zaproponowal, zebysmy wskoczyli do samochodu i byc moze znaja kogos, kto moze nam pomoc. Okazal sie to jakis prywatny i nierozreklamowany guest house, wiec zostalismy znowu tam na 2 noce. Podczas zwiedzania miasteczka znalazlem drzewo mango z mnostwem owocow na ziemi. Zebralismy parenascie sztuk i ruszylismy do pokoju na konsumpcje. Zjadlem lacznie 6 lub 7 dojrzalych, dorodnych i soczystych owocow… a potem musialem isc do lazienki, i jeszcze raz. I jeszcze..

Nastepnego dnia, gdy z zoladkiem bylo juz wszystko ok ruszylismy dalej. I pierwsze zlapane auto jechalo praktycznie do naszego docelowego miejca. Gdy uradowani wsiedlismy do srodka w oczy rzucily sie kilka roznych sztuk broni tu i owdzie. Troche sie zdziwilismy, ale o nic nie pytalismy. Za to nas zapytali o standardowy zestaw: skad, jak dlugo, dlaczego stopem, ryzykowne itp. Po kilkunastu minutach rozmowy dowiedzielismy sie, ze nasz nowy kolega jest naczelnikiem polici w tym regionie i jechal wlasnie do jakiegos restortu swietowac swoje 40 urodziny. Po drodze wstapilismy na jakis posterunek i po przyjezdzie i wymianie kilku zdan nagle kilku policjantow zaczelo sie uwijac i przygotowywac maly poczestunek dla nowych gosci. Po paru minutach stol byl gotowy, zastawiony roznymi przekaskami i popitkami. Spedzislimy tam moze godzine, po czym ruszylismy dalej. Wysiedlismy kolo resortu oddalonego o ok 15 km od naszej miejscowosci a bylo juz dosc pozno, wiec zastanawialismy sie czy ktos sie zatrzyma. Ale juz po paru minutach mielismy podwozke i zaproszenie do domu na nocleg i poczestunek. Trafil nam sie bardzo mily dziadek, ktory pracuje na Hawajach. Teraz przyjechal na wakacje a byc moze i na stale, a tam byl instruktorem delfinow i razem z synem trenowali te mile ssaki. Kolejnego dnia byla niedziela, wiec cala rodzina jechala na plaze i my dostalismy zaproszenie. Posnorklowalismy troche, potem wstapilismy do jakis kuzynow po owoce morza na obiad i wrocilismy do domu. 3 dnia ruszylismy dalej, zeby wrocic z malym zapasem do Manili na powrotny lot. Po drodze zatrzymalismy sie tyko w 1 miasteczku i znowu jakas pani z kosciola baptystow zaprosila nas do siebie. Wieczor spedzilismy z jej malymi kuzynkami szkolac ich angielski. Nastepnego dnia poszlo dosc sprawnie, bo zlapalismy na stopa rodzinke, ktora nam bardzo chciala pomoc i mimo, ze nie mieli za wiele miejsca to upakowali nas jak mogli. Jedna osoba siedziala w srodku a druga na pace. Ale na pace to duzo powiedziane, bo bylo tam tyle rzeczy, ze tylko jedna noga stala w srodku a pupa na klapie i druga noga na zewnatrz. Zaden transport juz mnie chyba nie zdziwi. A rodzinka robila podobna trase do naszej, tylko mieli na wszystko 2 tygodnie zamiast 3. Zabralismy sie tez z nimi do parku narodowego, na farme wiatrowa i do latarni morkiej, do ktorych sami pewnie nigdy bysmy nie trafii a bylo naprawde warto. Potem oni zostali w jednej z miejscowosci, a my jeszcze kilkoma stopami dlugodystansowymi dojechalismy do rozstaju drog w ktorym skrecilismy przypadkowo zamiast jechac prosto. Pan biznesmen, ktory nas na ten roztaj dowiozl – zaprosil najpierw na obiad do lokalnego fast fooda. Z obiadu skorzystalismy, ale potem dostalismy jeszcze ponad 100 zl kieszonkowego. Chwile sie wzbranialismy przed przyjeciem tych pieniedzy, ale nalegal wiec wzielismy i akurat potem starczylo na pokrycie oplat lotniskowych.

Do Manili dojechalismy rowniez jeepneyem, ale juz prywatnym z cala rodzina. Wyrzucili nas kolo stacji metra, gdzie prawie 3 tygodnie wczesniej panowie policjanci skutecznie uniemilali nam zycie. Zlapalismy metro i pojechalismy w strone lotniska. Po drodze jeszcze byly 2 koscioly i obu zapytalismy o rozlozenie namiotu. W jednym zbyli nas, ze nie ma proboszcza i nie moga za niego decydowac, a komorki podobno nie nosi. Na pytanie o wode z baniaka w budce ochroniarzy odeslali nas do kranowy. W Manili!! W calych Filipinach nie pilismy kranowki a ta z Manili raczej na pewno byla by najgorsza z wszsytkich pozostalych miejscowosci. W drugim kosciele, znacznie wiekszym, uprzejma pani siedzaca w czymsc w rodzaju recepcji – powiedziala, ze juz jest 8 w nocy i biuro nie pracuje a ona nie bedzie nigdzie dzwonic. A gdy nalegalem, ze to tylko jedna noc i nasz maly namiocik na tym wielkim ogrodzonym terenie – uciela rozmowe i odeslala do ambasady, zeby tam szukac pomocy. No to poszlismy na lotnisko, zostalismy bagaze w biurze naszej linii lotniczej, ktora mielismy leciec nastepnego dnia i po raz ostatni przeszlismy sie tymi brudnymi ulicami stolicy i sprobowalismy tego jedzenia, ktore o dziwo okazalo sie bardzo dobre na koniec pobytu. Za reszte peso kupilismy jeszcze cos na rano, na droge i ruszylismy na nocleg na podlodze lotniska.


W miedzy czasie zmienialismy warte ze spaniem i pol nocy ja rozmawialem z przyjaciolmi na skype i przerabialem biet wylotowy z malezji, gdby A

ir Asia wymagala takowego a drugie pol Aga zalatwiala swoje sprawy.

Biletow wylotowych nie sprawdali na szczescie i po paru godzinach bylismy w naszej kochanej Malezji – ponownie!

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Filipiny cz. 1

Pierwsze chwile w tym panstwie rozczarowaly nas bardzo. Nawet bardziej niz badzo. Zaraz po wyladowaniu i wyjsciu z lotniska obskoczyla nas zgraja taksowkarzy, co w sumie az takie dziwne nie jest. Ale jak wszystkim ladnie odmowilismy to za chwile przylaczyli sie panowie na rikszach… i z nimi tak latwo nie bylo. Jeden jechal kolo nas okolo kilometra i co chwile powtarzal ze nas bardzo tanio dowiezie na miejsce. W koncu odpuscil, ale potem bankomat chcial 15 zlotych prowizji, wiec przeszlismy sie po kilku kantorach w ktorym dostaniemy najwiecej za nasze malajskie reggit. Gdy w koncu udalo sie wszystko wymienic, dogadac jaki jeepney wziac, aby dowiozl nas na stacje pociagow, a potem po chwili marszu bylismy u naszego hosta. A na miejscu kolejna niespodzianka. Ponad kilo monet z ponad 20 dotychczas odwiedzonych krajow zginelo. Nie wiemy dokladnie gdzie i co, ale tylko mozemy podejrzewac, ze zebrzace dzieci w okolicach lotniska, ktore tlumnie nas otoczyly moga miec z tym sporo wspolnego. Dla nich bezwartosciowy zlom, a dla nas to byl kilogram wspomnien. Trudno stalo sie i trzeba zyc dalej. Inni duzo cenniejsze rzeczy tracili na wakacjach…

Nastepnego dnia dojechalo jeszcze 2 kolejnch surferow z Holandii i w 5 z naszym gospodarzem ruszylismy na zwiedzanie miasta. Na sniadanie zabral nas do jakiejs

zupa, jesc czy nie jesc….

restauracyjki i zamowilismy zupe. Zwykla chinska zupka w polsce smakowala lepiej niz ta. Ale zjedlismy i ruszylismy dalej a po chwili wyszlo, ze Europejczycy lepiej funkcjonowali w tym klimacie niz miejscowy. Adam co chwile stawal i chcial odpoczywac, ale faktycznie tego dnia bylo bardzo duszno i bardzo goraco. Jedno z najbardziej miast to tej pory pod tym wzgledem. Ale zwiedzilismy razem stare miasto i potem sie rozdzielilismy. Holendrzy pojechali spotakac sie z jakims znajomym, my chcielismy zobaczyc na aparaty, bo mialy byc tansze w tym rejonie swiata a Adam wrocil do domu. Faktycznie co dziwne, to centra handlowe, ktore rozmachem przewyzszaja Zlote Tarasy i Arkadie razem wziete. Z jednej strony brud, smrod, slumsy i zebrzace co chwile dzieciaki a z drugiej strony trzecie najwieksze na swiecie centrum handlowe i McDonaldy co kilkaset metrow, jak w Ameryce. Dziwny ten kraj, dziwne to miasto.

Spedzilismy tam jeszcze 2 dni, po zwiedzeniu paru ciekawszych rzeczy w oklicy ruszylismy na autostrade lapac stopa na 1000 wysp. I tu kolejne przygody, bo zaczelismy lapac przy wjezdzie na autostade. Troche ryzykowne, ale to przecie Azja, juz nie raz tak robilismy i dzialalo. Po godzinie zatzymala sie tylko policja i powiedzieli, ze tu stac nie wolno, lapac nie wolno a i tak nikt nam sie nie zatrzyma… i wyslali na bramki. Zapytani o odleglosc powiedzieli, ze moze 2-3 km. Bylo moze 6-7 km i to zawilymi uliczkami i caly czas musielismy pytac o droge. A na bramkach nie kto inny jak policja autostradowa i nawet w okolice austostrady nam nie pozwolili podejsc, tylko zatrzymali przed duzym plotem z malymi drzwiami i powiedzieli, ze tylko upowaznione osoby moga wejsc. Na nic sie zdaly nasze prosby, tlumaczenia. Nie moza i juz i odeslali nas w poprzednie miejsce. Wrocilismy stopem, bo kierowca jeepney mial byc za pol godziny a taksowki kasowaly jak za zboze. W tym samym miejscu nie bylo sensu lapac, wiec zmienilismy raz i po godzinie jeszcze raz. Lacznie zeszlo nam pewnie z 5 godzin, zeby zlapac pierwszego stopa. Podrzucili nas na stacje i za chwile zlapalismy kolejnego, dosc spory dystans, ale potem utnelismy w polu. Ruch byl prawie rzaden a jeszcze kilku kierowcow, ktorzy sie zatrzymali powiedziec, ze jada bardzo blisko ale polecaja autobus bo tu jest niebezpiecznie. Gdy 3 kierowca powiedzial to samo a bylo juz dosc pozno – postanowilismy skorzystac z porady i wrocic z nim do najbliszego miasta na stacje autobosow i zaplacic za transport od czasow Chin. Jeszcze jak by tego bylo malo, to pora deszczowa miala przyjsc za miesiac, ale, ze pogoda wariurie na calym swiecie, to przyszla wczesniej…. Te wszystkie przygody na poczatku podrozy w tym nowym kraju na prawde nie napawaly optymizmem i Aga chciala wyleciec nastepnego dnia, ale niestety lot byl dopiero za jakies 2 tygodnie.

widok na Age z punku widokowego na tysiac wysp – Aga ciekawsza!

znajdz 10 roznic

Gdy dojechalismy do Alaminos przeszlismy sie poszukac noclegu i ceny do niskich nie nalezaly. W Manili nie zaprzatalismy sobie tym glowy, bo mielismy hosta, ale slyszelismy ze noclegi maja byc na poziomie 10 zlotych za 2 osoby. A w tym miescie byly 4 razy drozsze. W koncu poszlismy na policje zapytac o namiot. Na poczatku byli nie chetni, ale przekonalismy ich na 1 noc. Drugiego i trzeciego dnia trafilismy do jakiejs salki nalezacej do kosciola i moglismy odpoczac wreszcie na wygodnych lozkach. Podjechalismy stopem na glowna atrakcje tego regionu, czyli rzekome 1000 wysp. Przjazdzka lodka znowu przekraczala znacznie nasz dzienny budzet, wiec tylko wspielismy sie na jakis punkt widokowy na ladzie i widzielismy kilka wysepek z tego calego tysiaca. Z daleka bez wiekszej rewelacji.
Wrocilismy do kosciola, odpoczelismy ponownie i nastepnego dnia ruszylismy dalej. Stop szedl raz lepiej a raz gorzej. Kilku kierowcow zatrzymalo sie po chwili oczekiwania, ale tez raz musielismy stac w pelnym filipiskim sloncu ponad godzine. Zmienialismy sie co prawda i jedna osoba lapala przez 10 minut a druga odpoczywala w cieniu, ale i tak bylo meczace.
Tym razem mielismy jechac na polnoc, w kierunku San Fernando a potem po okrazeniu wyspy od polnocy mielismy wracac przez Baguio. Jednak los i kierowcy chcieli odwrotnie, wiec pojechalismy do tego Baguio. Na miejscu wysiedlismy w mcdonalds i po chwili dostalismy zaproszenie do hosta. Byl juz wieczor i o tej porze jeepney pod jej dom juz nie jezdzil, wiec wzielismy innego mozliwie blisko jej i podeszlismy kawalek. Na miejscu Cherry nie bylo, bo poszla na impreze. Zostalismy tam jezcze 2 kolejne noce i co prawda spotkalismy jej brata, ale samej Cherry niestety nie.
A miasteczko naprawde fajne. Posrodku malowniczych gor, troche wyzej, wiec i chlodniej. Tylko ta pora deszczowa….
Nawet pierwszy raz w Azji zostalismy upomnieni przez policje za przejscie na czerwonym… wow.

Potem po zwiedzeniu ruszylismy dalej do Sagady i Bontoc.
W pierszym ceny hoteli jak przystalo na jeszcze bardziej turysyczne miejsce – jeszcze wyzsze nic poprzednio, wiec i tym razem poszlismy do kosciola. Tym razem byli to anglikanie i na poczatku siostra zakonna mieszkajaca tam nie byla zbyt chetna do pomocy, ale za chwile zjawil sie mlody wikariusz a potem pastor i po krotkiej wymianie zdan nie mieli problemu, aby zostac tam pare nocy. Dostalismy prywatny pokoj z kominkiem, w ktorym po rozpaleniu ogniska zrobilo sie bardzo przytulnie. Spedzilismy mily wieczor razem, jedzac pyszna rybe, pijac alkohol pedzony z palmy i rozmawiajac na wszelakie tematy. Zona owego pastora jest w Europie i pracuje jako sprzataczka. Bardzo jej sie nie podoba, ale jeszcze nie odrobila ceny biletu wiec nie moze wrocic.

Lokalna atrakcja sa trumny wiszace na skalnej scianie. Rozne legendy zwiazane sa z tymi trumanmi, jedni mowili, ze to grzesznicy, ktrorzy nie zasluzyli na normalny pogrzeb na cmentarzu a inni, ze biedni, ktorych nie bylo na taki pogrzeb stac. Sporo turystow bylo po drodze, a glownymi przewodnikami w tym rejonie byly dzieci, ktore zamiast chodzic do szkoly wolaly zarobic pare peso. My z ich uslug nie skorzystalismy, wiec pytalismy co chwile jak dosc tu i tu, ale dalismy rade. Tez ciekawe byly pola ryzowe w okolicy, ale jeszcze lepsze mialy byc w Bontoc, gdzie udalismy sie nastepneg dnia.

Dobrze, ze Filipiny takie katolickie to i w Bontoc nie bylo problemu z zostanem na 2 noce z rodzina pastora, tym razem metodystystow. Do miasta dotarlismy po poludniu, a po drodze zlapalismy jednen z ciekawszysch stopow do tej pory. Byl to jeepney, ale za darmo to wylacznie na dachu mogl nas zabrac. Aga sie bala mimo wszystko, wiec poprosilismy, ze jedna osoba w srodku a druga na dachu i jakos przeszlo. A podroz na dachu wsrod tych wszystkich malowniczych gor, z widokiem panoramicznym 360 stopni. Cos wspanialego. Niestety, pora deszczowa, wiec gdy zaczelo mocniej padac to i ja moglem jechac w srodku, nie placac za to. I tu spotkalismy Francuza, ktory robi roczna podroz dookola Swiata i byl dopiero gdzies w okolicach poczatku. Prace mial dobra i dzieki niej podrozowal sporo, ale zdecydowal, ze woli podrozowac wiecej a pracowac mniej, wiec zarezerwowal wszystkie loty na rok podrozy. W Azji musi miec wszsytko dobrze zaplanowane, bo AirAsia jest tania, ale zmiana terminu kosztuje sporo. Ale juz w Ameryce Poludniowej takiego problemu miec nie bedzie i jak mu sie spodoba w jednym miejscu, to przebukuje bilety.

Jako, ze w tym domu mielismy kuchnie do dyspozycji, to ruszylismy na market, kupilismy mnostwo warzyw i ryb i gotowalismy pyszna kolacje. Nasepnego dnia byly moje urodziny, wiec Aga rano ruszyla jeszcze raz na market i przygotowala pyszne sniadanie. A potem poszlismy na pola ryzowe. W polowie drogi zobaczylismy wielka chmure na horyzoncie i do wyboru byly 2 opcjie. Albo lapiemy stopa i jedziemy droga asfaltowa do miasta albo ryzykujemy i idziemy przez srodek pol ryzowych do miasta, ale jak nas zlapie to bedziemy w d…ie. No ale popatrzylismy po sobie, potem na niebo, potem po sobie i na niebo jeszcz raz i wybralismy… przeprawe przez pole. Jeszcze po 15 minutach spotkalismy miejscowych i powiedzieli, zeby nie isc ale i tak jak nas ma zlapac ulewa to nas zlapie. Na prawde mamy sczescie w tej podrozy, bo po pol godziny marszu dotarlismy do pierwszych zabudowan i juz powoli zaczynalo kropic. Zapytalismy wiec o mozliwosc przeczekania burzy, dostalismy zaproszenie i uslyszelismy historie, jakich wiele prawdopodobnie na Filipinach. Zona wyhowuje dzieci a maz pracuje za granica. Potem maz wraca opiekowac sie dziecmi, a zona jedzie za granice pracowac. Ostatnio byla w Arabii Saudyjskiej, bo tam najlepiej placa, ale tez bylo goraco bardzo dla niej.
Gdy przestalo padac ruszylismy dalej i pola ryzowa byly jeszcze bardziej zielone. Wieczorem kupilismy tort, pomyslalem zyczenia, zdmuchalem swieczki i poszlismy spac.

zeby ta Austalia….

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Malezja cz. 6

Pierwszym i niespodziewanie ostatnim miastem podczas tego pobytu w Malezji bylo Kota Kinabalu. Z Brunei zaczelismy podroz na pace pick upa z trojka kobiet, ale gdy zaczelo mocniej padac a w srodku nie bylo dla nas miejsca podrzucily nas na przystanek i tam pod daszkiem wyciagalismy karke z napisem naszej miejscowosci docelowej. Wieczor nadchodzil wielkimi krokami, ale udalo nam sie zlapac stopa, ktory podwiozl nas pod drzwi naszego hosta. A ten okazal sie studentem przylatujacym do domu 3 razy w roku, wiec znowu mielismy szczescie. Byl to Chinski Malaj o bardzo komunistycznych pogladach. Bardzo, ale to bardzo zachwalal Filipiny. Nigdy nie byl, ale slyszal same dobre rzeczy o tym panstwie. My przeszukalismy pare blogow podrozniczych i tez faktycznie w wiekszosci dobre opinie. A, ze nasz ulubiony tani przewoznik w Azji zrobil promocje na bilety to postanowilismy dodac kolejny kraj do naszej mapy i po 2 dniach bylismy w Manili.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Brunei

Tu z kolei, co od razu rzuca sie w oczy, to duuuzo zieleni, po drodze oprocz stolicy minelismy doslownie pare malych miasteczek. W stolicy bylo jedno muzeum, w ktorym zwiedza sie boso i w ktorym od marmurowych posadzek i ostro podkreconej klimatyzacji przemarzlismy tam do szpiku paliczkow w stopach. Potem przeszlismy jeszcze do 2 muzeow, ktore byly zamkniete na czas renowacji, ale o czym pani w informacji turystycznej, ktora de facto jednoczesnie byla informacja centrum handlowego, nie zdarzyla nam nadmienic. Meczet jest chyba glowna atrakcja, ale dla turystow jest otwarty kilka dni w tygodniu, wiec nie dane nam bylo wejsc do srodka. Przeszlismy wiec po dzielnicy usytuowanej na palach nad powierznia wody i na noc rozlozylismy namiot w samym centrum miasta pod dachem jakiejs malej budki. Ogolnie odwiedzic odwiedzilismy, ale jakis specjalnych atrakcji nie maja tam do zaoferowania. A mielismy inne oczekiwania, jako kraj bogaty w rope, to w stolicy spodziewalismy sie iscie Baku z Azerbejdzanu a niejedno male miasto w sasiedniej Malezji bylo ciekawsze. No wiec nastepnego dnia pojechalismy dalej i przed przyjazdem do kolejngo miasta – Kuching dostalismy w prezencie 3 nowe pieczatki do naszych paszportow. Jedna wyjazdowa z Brunei, co oczywiste i jasne, ale 2 kolejne jako wyjazdowa z jednego wojewodztwa Malezji i przyjazdowa do kolejnego wojewodztwa w Malezji. Na szczescie paszporty w miare nowe, wiec miejsce jeszcze tam jest, ale po co to wszystko… kto wie?

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Malezja cz. 5, Borneo

Od razu co rzucilo nam sie w oczy w

koledzy naszego niedoszlego hosta, pani prawnik, pan filmowiec, student z nigerii i pare innych ciekawych osobistosci

tej czesci Malezji to deszcz, ktorego dawno nie widzielismy. Przylecielismy i padalo. W ogole bylo jakos tak bardziej duszno, wilgotno. No i niezawodny stop w zachodniej czesci malezji zachodniej tutaj znowu dawal troche do zyczenia… troche zmoklismy zanim ktos sie zatrzymal i zawiozl nas do centrum. A w centrum czekal na nas gospodarz z CS, a raczej jego znajoma wlascicielka hostelu.

Spedzilismy z nim mily wieczor, oprowadzil nas po miescie, poopowiadal co gdzie i jak a nastepnego dnia obiecal kontunuacje podrozy. I tak trafilismy do przedzalni. Kilka kobiet robi recznie dywany. Taki wiekszy okaz to zajmuje czasami kilka miesiecy. Kolejnego dnia bylo swieto w Malezji i dzien wolny od pracy a, ze szczescie nam sprzyjalo to odezwal sie do nas drugi gospodarz z Kuchingu, ktory nie mogl nas ugoscic, ale mial miejsce w samochodzie na plaze. Niby plaz mielismy dosc, ale miasto tez juz niby zwiedzone bylo, wiec czemuz by nie. I pojechalismy z jego znajomymi i w ten oto sposob poznalismy kilka ciekawych osob. Zabawa byla przednia, wiec i dzien minal szybko. Po powrocie zostalismy jeszcze na jedna noc a kolejnego dnia mielismy ruszyc dalej. A tu ni z tad ni z owad nasza kamera zaczela robic dziwne zjecia. Cos z przeslona sie poprzesuwalo, poprzestawialo i czasami tez nie chcial sie wlaczyc. Nic to pomyslelismy, moze dzis wariuje a jurtro przejdzie… jutro bylo jeszcze gorzej a potem jeszcze i jeszcze. W koncu stracilismy cierpliwosc i kupilismy nowy, ale o tym potem.

Aga i koty

Z Kuching pojechalismy do Sibu, Bintulu i Miri… Do Sibu nie dotarlismy, bo mlode malzenstwo zaprosilo nas na obiad a potem stwierdzili, ze juz pozno i zebysmy lepiej zostali na noc u nich. Z zaproszenia skorzystalismy i bardzo mily wieczor sie wywiazal. Dodatkowo maz jest agentem nieruchomosci w malym miasteczku, ale doradzil inwestycje w tamtejsze mieszania z wyjasnieniem wszytkich zalet i wad. Jak bedziemy miec 150 tys zlotych wolnych srodkow to skontatkujemy sie z nimi ponownie.

W Sibu spedzilismy noc lub dwie, ale raczej nic ciekawego tam nas nie zaskoczylo. Za to w drugim miesice- Bintulu zapytalismy w kosciele o mozliwosc rozbicia sie na ich terenie na jedna noc. Pokrecili nosami, cos miedzy soba ustalili i kazali nam czekac. Po chwili przyszli do nas, ze ksiadz zaprasza nas do swojego hotelu. Wczesniej jeszcze dostalismy zaproszenie na kolacje i piwko od ksiezy i ogladalismy wyniki wyborow. Wygrywala opozycja, nagle zgaslo swiatlo na kilkanascie sekund i gdy obraz wrocil to juz koalicja byla na pierwszym miejscu i tak zostalo do konca, czyli kolejne pare lat bedza rzadzic tym krajem.

Po nocy w hotelu ruszylismy dalej do Miri. Tu na prawde nic ciekawego oprocz hosta nie zastalismi. Przyjechalismy dosc pozno, bo jakos tak zeszlo z kierowca ciezarowki a ostatni autobus powinien byc wg. rozkladu za 10 minut. Ale czekalismy pol godziny i autobusu niet. A panowie na dyzurce przez pierwsze 20 minut zapewniali nas, ze przyjedzie przyjedzie,

najlepsza hebata ever!!

czekajcie. Kolejne 10 minut to juz byli nie pewni, z tym, ze jeszcze moze przyjedzie. A po pol godziny podeszli i powiedzieli, ze nie przyjedzie. No to w koncu musielismy poprosic Irene, zeby przyjechala po nas, bo taksowkarz zarzadal kwoty 3-4 razy wiekszej niz powinien a reszta dostala cynka na radiu i powtarzali dokladna kwote co poprzedni.
Odebrala nas, spedzilismy fantastyczny czas a potem odwiozla pod granice z Brunei, naszym kolejnym malym panstwem po drodze, o ktorym wczesniej nie mielismy pojecia a ktore oprocz palacu i meczetu niewiele nam mialo do zaoferowania.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz